To miał być weekend zdrady. Na szczęście się nie udało

To miał być weekend zdrady. Na szczęście się nie udało

25 interakcji
To miał być weekend zdrady. Na szczęście się nie udało

Podaj dalej

Nadszedł w końcu weekend, w którym kończy się sezon Formuły E. Z racji tego, że szykowało się nam całkiem sporo emocji, poznać mieliśmy mistrza i wyścigi odbywają się w moim ulubionym Nowym Jorku, postanowiłem urządzić sobie tydzień zdrady i pasjonować się ePrix… a świat o niczym miał się nie dowiedzieć, szczególnie moja żona, Formuła 1.

W ramach przygotowań zajrzałem nawet kilka razy na facebooka i stronę internetową Formuły E. Czytałem co mniej więcej się tam działo w ostatnich kilku tygodniach, kto z kim leciał samolotem, gdzie zawodnicy śpią, czy byli już na Times Square… no generalnie chciałem żyć tym weekendem wyścigowym na maksa. Jedno wiedziałem już wcześniej i to w sumie skłoniło mnie do elektrycznych czynności – szansę na mistrzostwo ma dwóch kierowców, Sam Bird i Jean Eric Vergne, a do końca sezonu pozostają sobotni i niedzielny wyścig na torze w Nowym Jorku, niedaleko Statuy Wolności.

Sobota, rozpoczęło się. Nawet sobie nie zaprzątałem głowy poszukiwaniem transmisji z treningów bo wiedziałem, że pewnie bardziej mnie to zdenerwuje, niż dostarczy radości, więc zmagania śledziłem po prostu w aplikacji. Wygrał Di Grassi, faworyci byli troszkę z tyłu. Weekend wyścigowy sobie trwał, później były kwalifikacje i tam doszło do całkiem interesujących wydarzeń. Zarówno Bird, jak i Vergne zbyt wcześnie uruchomili dodatkową moc (taki DRS z F1) i nałożone zostały na nich kary. To mogło zwiastować nam absolutnie genialny wyścig. Wyobraziłem sobie od razu sytuację, w której Vettel startowałby z ostatniego pola startowego, a Hamilton np. z 15. Byłoby smacznie. Bardzo smacznie.

Więc tak, była kolacja, herbatka, w końcu wygodnie zasiadłem w fotelu, jak to mam w zwyczaju przy okazji wyścigów Formuły 1 i rozpocząłem proces zdrady. Organizatorzy zadbali o napięcie, bo puścili w transmisji jakąś muzyczkę, która wywołać miała szybsze bicie serca. Bolidy powoli turlały się w kierunku swoich pól startowych, napięcie rosło, muzyczka robiła kapitalny nastrój. W końcu wszystko było już gotowe, na tablicach pojawiły się światła i…

W pewnym momencie czułem, jakby ktoś w moim mózgu przebił szpilką napompowany do rozmiarów Marsa balonik oczekiwań. Wystartowali. Ciekawa muzyczka znikła… znikły w sumie jakiekolwiek dźwięki, za wyjątkiem tych generowanych przez opony Michelin. Niby ładne są te bolidy, znani kierowcy, ale to jednak nie jest to. Tor pokroju tego w Nowym Jorku jest bardzo ładny pod względem położenia, bo od czasu do czasu realizator pokaże Statuę Wolności, czy tam panoramę Manhattanu, ale na miłość boską, to nie jest i nigdy nie będzie Spa, Nurburgring, Monza, czy choćby Silverstone, a i do Monako temu bardzo dużo brakuje. Ten tor to po prostu jednodniowy wymysł, kilka prostych, kilka nawrotów – niech jadą i się ścigają.

Jeśli mam być szczery, to nie skończyło się nawet pierwsze okrążenie tego wyścigu, a ja z fotela zwinnie przetransportowałem się już na łóżko i cieszyłem się na nadchodzącą podróż do krainy snów. Owszem, słuchałem komentatorów Eurosportu, bo oni jak zwykle opowiadali dosyć ciekawie, ale moje oczy nie były już skierowane na telewizor, a na ekran tabletu, na którym ni stąd, ni zowąd pojawiła się gra Bubble Shooter, w której zbija się jakieś kolorowe kulki. Tak, o dziwo to było ciekawsze.

Nikomu nie odbieram oczywiście radości i chęci z oglądania poszczególnych ePrix. Pewnie duże znaczenie mogą mieć kierowcy – jeśli mamy gdzieś ulubieńca, to nawet kiedy wyścig będzie najnudniejszy na świecie, to i tak będziemy go oglądać z wypiekami na twarzy. Sam doskonale wiem jak to wygląda, bo kibicując Lewisowi Hamiltonowi (spokojnie forza ragazzi, każdy kibicuje komu chce) często jestem bliski ataku serca, a później postronny obserwator twierdzi, że w okolicach czwartego okrążenia już śnił mu się Kubuś Puchatek jedzący miodek z Tygryskiem i Prosiaczkiem. Tak czy inaczej jestem przekonany, że wciąż to Formuła 1 przyciąga więcej kibiców, niż Formuła E.

Czy to była zdrada? Sam nie wiem. Moja zdrada na szczęście zakończyła się na etapie kawiarni, gdzie z ePrix zamieniłem tylko kilka zdań. Po chwili spokojnie wyszedłem i zadzwoniłem do żony prosząc, żeby jak najszybciej jechali już do tego Hockenheim.

Przeczytaj również

Redakcja WRC News

Redakcja WRC News