Byłem na Goodwood. Można umierać

102 interakcje Przejdź do dyskusji

Byłem na Goodwood. Można umierać

– It’s f… awesome – tak Goodwood Festival of Speed podsumowuje niemal każdy Brytyjczyk. Powiem wam, że na przestrzeni ostatnich 15 lat byłem na wielu imprezach motoryzacyjnych wszelkiej maści. Było to kilkadziesiąt rund WRC, tyleż samo wyścigów topowych serii, jeszcze więcej prezentacji dziennikarskich, targów i temu podobnych. Wszystko to nie może się nawet w kilku procentach równać z Goodwood. Opowiem wam, dlaczego.

Fot. Tomasz Dąbrowski /// Goodwood Festiwal of Speed to jedyne miejsce, gdzie ściera się motoryzacja sprzed kilkudziesięciu lat ze światem ultranowoczesnym.
Fot. The Guardian ///Bez pasji, zaangażowania i... ogromnych pieniędzy lorda Marcha, obecnego księcia Richmond & Gordon marzenie o nazwie Goodwood Festival of Speed nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.

Niemożliwe nie istnieje

Wyobraźcie sobie sen, w którym w jednej chwili jesteście na oesie mistrzostw świata, gdzie podziwiacie najnowsze auta WRC. W tym samym czasie cofacie się do czasów grupy B, kiedy rządziły Audi Quattro czy Lancia S4. Następnie hop i już jesteście w świecie Formuły 1 – tej obecnej, jak i sprzed 10, 20, 30 (wpiszcie dowolną liczbę) lat. Patrzycie w lewo i przed wami wyłaniają się dwa rzędy samochodów retro z początku XX wieku, zwrot w prawo, a tam parada cywilnych McLarenów, Pagani, Porsche, Ferrari i czegokolwiek jeszcze zapragniecie. To jeszcze nie koniec, sen trwa w najlepsze. Na naszym parkingu nagle pojawia się kilkadziesiąt najnowszych hypercarów, a tuż obok stoją youngtimery z lat 80. czy 90. Oczywiście nie są to Polonezy, a Bugatti, Lotusy i inne arcydzieła brytyjskiej motoryzacji. Czas na pobudkę? Ależ skąd – naszemu snu towarzyszy trwający 10 godzin (przez bite cztery dni) wyścig górski, gdzie w odstępie kilkunastu sekund przemykają wszystkie te samochody, a każdy chce z nich wycisnąć ostatnie poty. Taki Volkswagen I.D R, który niedawno pobił rekord prędkości w Pikes Peak jakoś gubi się w tej okazałej talii kart. Konkurencję ma bowiem zacną. W sumie lepszej mieć nie może. Brzmi niewiarygodnie? A jednak ten sen może się ziścić. Pod warunkiem, że wybierzecie się na posiadłość lorda Marcha, księcia Richmond, który 25 lat temu zorganizował imprezę, jakiej może mu pozazdrościć cały świat. Taki jest bowiem Goodwood Festival of Speed.

Fot. Tomasz Dąbrowski /// Goodwood House zajmuje centralne miejsce w corocznym święcie prędkości.
Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Wojciech Garbarz

Nie tak, jak myślicie

O FOS słyszałem oczywiście od wielu lat, jednak moje pojęcie o tym wydarzeniu było dość mgliste. Szczerze, myślałem, że to spęd okropnie bogatych brytyjskich arystokratów, którzy raz do roku muszą podreperować swoje i tak wyolbrzymione ego paradując swoimi furami, na które przeciętny Kowalski musiałby pracować ponad 100 lat. Przed przyjazdem do Goodwood podszlifowałem jednak swoją wiedzę na temat tej imprezy, co – nie ukrywam – w dużym stopniu zmieniło mój pogląd na jej przebieg i przede wszystkim zamysł.

Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski

Genewa w ogrodzie

Mimo to przed przyjazdem do West Sussex, gdzie od 25 lat odbywa się Goodwood Festival of Speed nie wiedziałem do końca, czego się spodziewać. To znaczy wiedziałem, że będzie grubo, ale że aż tak! Tak jak wspomniałem na początku, moje zmanierowane oczy widziały już wiele, ale czegoś takiego jeszcze nigdy. Po wejściu na teren Goodwood, który zajmuje kilkaset hektarów co kilka sekund szczęka opada na podłogę. Naczelne miejsce zajmuje tor mający charakter wyścigu górskiego. Brytyjczycy nazywają go po prostu „Hill” (skrót od hillclimb). To wokół niego i przylegającego do trasy Goodwood House, w którym rezyduje książę i księżna Richmond skupia się całe wydarzenie. Po jednej stronie stoi kilkadziesiąt yougtimerów, obok rozstawiony jest ogromny Michelin Supercar Paddock, gdzie garażują najbardziej wypasione i egzotyczne samochody, jakie kiedykolwiek zostały wyprodukowane. Wśród nich znajdziemy na przykład nietuzinkowy pojazd o nazwie Apollo, który ręcznie został stworzony przez grupę pasjonatów w Stanach Zjednoczonych.

Naprzeciw Goodwood House po przejściu przez mostek na drugą część toru znajduje się ogromne pole, gdzie swoje ultranowoczesne salony (tzw. hospitality) rozstawili producenci samochodów. To tak jakbyśmy przenieśli w plener salon samochodowy w Genewie.

Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski

Rajdy na górze

Górna część „posesji” zarezerwowana jest dla świata rajdów – tam właśnie stacjonują kultowe Subaru Imprezy, którymi przed laty ścigali się Colin McRae czy Richard Burns, tam też z dala od tego niemal 300-tysięcznego tłumu rozgrywany jest Forest Rally Stage mający charakter asfaltowo-szutrowego odcinka specjalnego. Jedno jest pewne – przyjeżdżając na Goodwood, każdy znajdzie coś dla siebie.

Fot. Goodwood
Fot. Wojciech Garbarz
Fot. Goodwood

Dotknąć marzenia

A jak to wszystko się zaczęło? Otóż pod koniec maja 1993 roku lord March (dzisiaj 11 książę Richmond) na zaproszenie teamu Newman/Hass udał się za ocean, by podziwiać legendarny wyścig Indianapolis 500. Tam też mógł zobaczyć na własne oczy, jak wygląda połączenie rywalizacji pomiędzy legendarnymi pojazdami a tymi, które wówczas były na topie. Dodatkowo doświadczył, jakich Amerykanie używają zabiegów, by na zawody ściągnąć tłumy kibiców i przede wszystkim, co zrobić, aby przez cały czas otrzymywali odpowiednią dawkę adrenaliny. To, co Lord March zobaczył w Indianapolis miało bezpośrednie przełożenie na imprezę, którą sam zorganizował na terenie swojej posiadłości trzy tygodnie później. Nadrzędnym celem Marcha było pokazanie kibicom najlepszych na świecie samochodów z bliska, tak by mogli je dotknąć, poczuć ich zapach. To się udało, bowiem mimo iż termin pierwszej edycji Goodwood Festival of Speed kolidował z wyścigiem Le Mans, to do West Sussex przybyło ponad 25 tys. fanów motoryzacji.

Fot. Goodwood /// Lord March w towarzystwie Stirlinga Mossa, Lewisa Hamiltona oraz prezesa FIA Jeana Todta

Walka Brytyjczyków

Przez lata Goodwood był świadkiem wielu nietuzinkowych wydarzeń. Jednym z nich była rywalizacja w 1999 roku pomiędzy Colinem McRae a Richardem Burnsem. Dawni zespołowi koledzy z ekipy Subaru tym razem mieli się zmierzyć w innych samochodach. O ile Burns był wierny Imprezie WRC, tak Colin w tamtym czasie reprezentował już barwy Forda. Nie jest tajemnicą, że to batalia Brytyjczyków była wówczas gwoździem programu, jaki odbywał się na Hillu (Forest Rally Stage został zainaugurowany dopiero w 2005 roku).

Formuła 1 u lorda Marcha

Pięć lat wcześniej, w 1994 roku tuż po wielkim sukcesie, jakim zakończyła się pierwsza edycja Goodwood, na święto prędkości zjechały ogromne ciężarówki załadowane bolidami Formuły 1. Szef McLarena Ron Dennis, Frank Williams oraz ówczesny boss Arrowsa, Jackie Oliver zgodnie stwierdzili, że czerwcowa impreza będzie idealną okazją do pokazania publiczności nie historycznych, ale aktualnych wyścigówek poza weekendami Grand Prix. Tym oto sposobem za sterami McLarena-Peugeota MP4/9 zasiadł Martin Brundle, do Arrowsa-Footwork FA15 wskoczył Christian Fitipaldi, zaś Williams-Renault FW15C trafił w ręce bodaj najbardziej znanego projektanta w świecie F1, Adriana Newey’a. W tym roku paddock Formuły 1 był niezwykle okazały, bowiem swoje bolidy wystawiła Scuderia Ferrari, Mercedes przedstawił pojazdy startujące w Grand Prix na przestrzeni kilku ostatnich lat, był też Red Bull Racing czy Renault.

Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski

Heidfeld i reszta świata

Choć Ferrari obecne jest nieprzerwanie na Goodwood od 1996 roku, to nie do ekipy z Maranello należy rekord przejazdu przez Hill. W tym samym czasie, gdy na podjeździe ścigali się Colin McRae i Richard Burns, atak na rekord trasy przypuścił zespół McLarena, który przywiózł na święto prędkości pojazd o nazwie MP4/13, a więc bolid, którym w 1998 roku sięgnął po mistrzostwo świata konstruktorów. Za kierownicą Srebrnej Strzały zasiadł 22-letni wówczas kierowca testowy ekipy z Woking, Nick Heidfeld. Start do podjazdu przypominał początek Grand Prix. Przy bolidzie ustawiona była bowiem chmara mechaników mierząca ciśnienie w oponach, na których znajdowały się koce grzewcze. Szybko okazało się, że tego typu zabiegi mają jasny cel, bowiem Niemiec mierzył w pobicie rekordu przejazdu liczącej 1,6 mili trasy. Gdy na mecie stoper zatrzymał się na 41,6 sekundy, wiadomo było, że jesteśmy świadkami historycznej chwili. Co ciekawe, Heidfeld przyznał, że mógł z tego czasu jeszcze coś urwać. Prawda jest jednak taka, że nie urwał, tak samo jak nie zrobił tego nikt inny.

Fot. Goodwood

I.D R nie dał rady

W tym roku chrapkę na pobicie tego wyniku miał Volkswagen, który niesiony bezprecedensowym zwycięstwem w Pikes Peak dwa tygodnie wcześniej, przywiózł na Goodwood swój elektryczny pocisk, czyli I.D R, którym Romain Dumas chciał pobić 19-letni rekord. Francuz co prawda wygrał tegoroczną edycję święta prędkości, ale do zdetronizowania Heidfelda zabrakło ponad dwóch sekund.

Fot. Volkswagen
Fot. Volkswagen

Plejada gwiazd

Jak już wspomniałem, w Goodwood pojawiają się najlepsze samochody, jakie kiedykolwiek zjechały z taśm produkcyjnych, ale i te, które w śladowych ilościach zostały ręcznie wykonane w warsztatach wyścigowych czy rajdowych. Ta unikatowość dotyczy również ludzi, którzy przez cały weekend pojawiają się na Hillu. Wystarczy wymienić pięciokrotnego zwycięzcę Le Mans, Dereka Bella, Valtteriego Bottasa, Jimiego i Alistera McRae, Jensona Buttona, Sir Jacka Stewarta, Emersona Fittipaldiego, Mikę Hakkinena, Toma Kristensena, Sebastiena Ogiera, Waltera Rohrla czy wreszcie Richarda Petty’iego zwanego „The King”.

The king is back

Chrapkę na sprowadzenie króla serii NASCAR do Anglii lord March miał od zawsze, ale udało się to dopiero w 2006 roku. Wtedy to amerykański kowboj z Karoliny Południowej przywiózł do Goodwood bodaj najbardziej kultowy pojazd – Dodge’a Chargera z 1972 roku w legendarnych barwach STP. W tym roku historia zatoczyła koło, bowiem 81-letni dziś Petty ponownie stawił się na starcie wyścigu górskiego i kolejny raz miał do dyspozycji wspomnianego Chargera. Co ważne, zapowiedział, że był to jego ostatni występ w Europie.

Doktor na balkonie

Goodwood to nie tylko piękne samochody, ale równie okazałe motocykle. Także tutaj świat retro spotyka się z maszynami i przede wszystkim gwiazdami rodem z MotoGP. Jedną z nich jest sam Valentino Rossi, który od lat zapowiadał start w święcie prędkości, ale za każdym razem termin imprezy kolidował z rundą światowego czempionatu. Okazja na sprowadzenie „The Doctora” pojawiła się dopiero w 2015 roku, a więc tym samym czasie, gdy do West Sussex po raz drugi dotarł Ken Block. Po wygraniu Grand Prix Holandii w Assen Rossi wskoczył do prywatnego jeta i pojawił się na wieczornym party u lorda Marcha. Mimo lekkiego kaca wskoczył za kierownicę swojej Yamahy i pomknął w górę. Podczas zjazdu z Hilla niesiony dopingiem rozentuzjazmowanych fanów zaparkował swój motocykl przed Goodwood House i czym prędzej pojawił się na słynnym balkonie, skąd pozdrawiał swoich wiernych kibiców.

Wracając do Kena Blocka, to po raz pierwszy amerykański showman jeszcze jako żółtodziób w WRC pojawił się na odcinku rajdowym w 2010 roku i prawdę mówiąc jego występ był mało zauważalny. Co innego miało miejsce w 2015 roku, gdy Block miał już na koncie kilka produkcji słynnej Gymkhany. Wtedy to zaprezentował on na Hillu swojego customowego Forda Mustanga z 1965 roku, który pod maską skrywał silnik V8 o mocy aż 845 KM. Na prawym fotelu tego potwora siedział nie kto inny, jak książę Richmond.

Fot. Goodwood
Fot. Goodwood

Pod dyktando Porsche

W tym roku spośród licznych marek obecnych na Goodwood Festival of Speed jedna z pewnością odcisnęła największe piętno na tej jedynej w swoim rodzaju imprezie. Chodzi oczywiście o Porsche, które celebruje 70-lecie produkcji swoich sportowych samochodów, zaś święto prędkości było punktem kulminacyjnym tych obchodów. Zresztą to Porsche zostało honorową marką FOS i bohaterem głównej rzeźby tegorocznego wydarzenia. W paddocku Porsche, który znajdował się w centralnym miejscu, tuż przy Goodwood House znajdowały się liczne samochody z Zuffenhausen – zarówno te drogowe, jak i sportowe, które wyprodukowano na przestrzeni siedmiu ostatnich dekad. Oczywiście te cacka pojawiły się kilkukrotnie na Hillu, a za ich sterami siedzieli nie byle jacy celebryci. Wystarczy choćby wymienić wspomnianego Dereka Bella, Kevina Estre, Brendona Hartley’a czy też Neela Jani.

Fot. Tomasz Dąbrowski /// Singer od lat specjalizuje się w produkcji rewitalizowanych modeli Porsche 911
Fot. Goodwood
Fot. Goodwood

Tam zobaczycie wszystko

Jeżeli jesteście prawdziwymi fanami motorsportu i szeroko pojętej motoryzacji koniecznie musicie odwiedzić Goodwood Festival of Speed. Impreza nie jest tania, to fakt, ale w tym przypadku wiemy, że nie jesteśmy nabijani w butelkę. Jakość ma swoją cenę. Przykładowo bilet na całą imprezę kosztuje co najmniej 164 funty, czyli ok. 800 zł. Można również kupić wejściówki na poszczególne dni. Oczywiście najtaniej jest w czwartek – 37 funtów (185 zł), zaś za bilety na sobotę lub niedzielę trzeba zapłacić 69 funtów (345 zł). Warto zawczasu zarejestrować się na stronie Goodwood w zakładce „Ticket alert”, gdzie można zarezerwować wejściówki na przyszły rok. Ich liczba jest oczywiście ograniczona i rozchodzą się one na pniu. Nic dziwnego. Do tego wszystkiego trzeba doliczyć lot do Londynu, zakwaterowanie i wyżywienie. Dodajmy, że mówimy o Wielkiej Brytanii – jednym z najdroższych krajów na świecie. Sumarycznie, wybierając się na FOS musicie zarezerwować w swoim budżecie kilka tysięcy złotych. Wiem, że to sporo, ale po powrocie z tej imprezy będziecie wiedzieli, że widzieliście już w wszystko. Motoryzacyjna pornografia wylewa się tam z każdej strony. Na łożu śmierci przypomnicie sobie tę przygodę i w pewnym momencie na waszych twarzach pojawi się szczery uśmiech. Z ręką na sercu przyznacie, że Goodwood macie zaliczone. Można umierać…

Grzegorz Ciźla 10 topowych samochodów na Goodwood Festival of Speed

Grzegorz Ciźla to uznany bloger motoryzacyjny od lat zajmujący się nietuzinkowymi samochodami. Miłość do aut w niezwykle emocjonalny sposób okazuje na Facebooku i Instagramie – jego profile śledzi kilkadziesiąt tysięcy osób.

Shelby Daytona Coupe (rocznik 1964)

Zbudowana, żeby pokonać Ferrari 250 GTO w Le Mans. Powstało raptem 6 sztuk wartych dzisiaj ponad 100 milionów zł. Wszystkie egzemplarze jeżdżą. Wszystkie mają się dobrze. Na Goodwood była jedna sztuka i szła pełnym ogniem zostawiając za sobą chmurę dymu. Oj tak!

Fot. Tomasz Dąbrowski

Volkswagen I.D. R Pikes Peak (rocznik 2018)

Witajcie w świecie współczesnych, wyścigowych samochodów elektrycznych. Rekordzista tegorocznego Pikes Peak pokonał wszystkie spalinowe auta na Goodwood. Mimo, że bezszelestnie. Nie mogę go pominąć. Z czasem 43 s był około 2 s wolniejszy od rekordzisty wszechczasów – bolidu F1 Nicka Heidfelda.

Fot. Volkswagen

Red Bull-Renault RB8 (rocznik 2012)

Bolid F1 z tych lepszych czasów. Przynajmniej pod kątem dźwięku. 2.4l V8 kręci się tu do ponad 16 000 obrotów i chyba lepszego dźwięku w życiu. nie słyszałem. Orgazm dla uszu. Ciarki na całym ciele. Wszystkie włosy na baczność.

Mercedes T80 (rocznik 1939)

Znany jako Shwarzer Vogel. Ogromna ambicja Adolfa Hitlera na osiągnięcie 750 km/h i to na publicznej autostradzie w 1939 roku! Auto z silnikiem z Messerschimtta BF109 produkowało 3000 koni przekazywanych na 2 tylne osie (bo miał 3 czyli 6 kół). Nigdzie jednak nie pojechało, bo wybuchła druga woja światowa. Normalnie spotykane w muzeum Mercedesa. Tym razem pojawiło się w Goodwood.

Fot. Mercedes

Jaguar XJR 9 LM (rocznik 1988)

To C grupa. Debiutował w 1988 roku na 24 godzinnym wyścigu Daytona. Napędzany 12-cylindrowym, 7-litrowym motorem okazał się niezwykle skuteczny i wygrał mordercze Le Mans. Zakryte tylne koło do dzisiaj jest sexy.

Fiat S76 (rocznik 1911)

Znany jako Beast of Turin (Bestia z Turynu). W sumie to nie samochód, a raczej silnik obudowany blachą. Ogromny motor, bo o pojemności 28,5 litra. Do tego raptem 4 cylindry, co oznacza ponad 7 litrów pojemności na cylinder. Na śmiesznie wąskich oponach rozpędzał się do 200 km/h… 107 lat temu!

Fot. Tomasz Dąbrowski

Auto Union Type C (rocznik 1936)

W zasadzie pierwszy samochód z silnikiem z tyłu i niezależnym zawieszeniem, który odnosił sukcesy. Silnik o pojemności 6 litrów miał bagatela 16 cylindrów w układzie V. Do tego wspomagał go supercharger. W 1935 roku za kierownicą zasiadał Bernd Resemeyer, który walczył skutecznie z Rudolfem Caracciola jeżdżącym dla Mercedes-Benz.

Fot. Tomasz Dąbrowski

Audi S1 E2 (rocznik 1986)

Gratka dla wszystkich kochających grupę B. Wprowadzone w 1985 roku było ogromnym krokiem na przód w porównaniu do poprzedzającego Quattro. Samochód ważył nieco ponad tonę przy ponad 500 KM. Ten potwór w rękach Waltera Rohrla wywalczył między innymi zwycięstwo Rajdzie San Remo w 1985. Wspaniały widok dla oka. Uszy też megazadowolone.

Fot. Wojciech Garbarz

BMW 3.0 CSL „Batmobile” (rocznik 1975)

Nazywany Batmoblilem przez ekstremalny body kit. CSL był z pewnością jedną z większych atrakcji na FOS. Dziecko BMW Motorsport GmbH wygrało od razu europejskie mistrzostwa samochodów turystycznych zaraz po swoim debiucie w 1972 roku. Lata 1975,76,77,78,79 również padły łupem Batmobila. A Le Mans 24h? Tu także zwycięstwo w swojej klasie w 1973.

Fot. AF

Ferrari 250 GTO (rocznik 1963)

Dla wielu najpiękniejsze Ferrari wszech czasów. Dla mnie z pewnością jeden z najlepiej brzmiących klasycznych wozów, jakie kiedykolwiek powstały. Jedno z najdroższych aut na świecie wyprodukowane raptem w 39 egzemplarzach. Napędzany silnikiem V12 został stworzony, aby walczyć z Astonami, Jaguarami, Shelby i innymi gwiazdami lat ‘60. Na torach walczył o czasy. Na drogach o ochy i achy. Gdy był nowy kosztował $18 000. Dzisiaj? Trzymajcie się mocno. Nawet $72 000 000!

#GCOS

Fot. Tomasz Dąbrowski
Fot. Tomasz Dąbrowski

Przeczytaj również