Nasz wymarzony rajd WRC. Gdzie, jakim samochodem i z kim?

37 interakcji Przejdź do dyskusji

Nasz wymarzony rajd WRC. Gdzie, jakim samochodem i z kim?

Nasz wymarzony rajd WRC. Gdzie, jakim samochodem i z kim?

37 interakcji

Czas na kolejną wewnątrzredakcyjną zabawę w WRC Motorsport&Beyond. Tym razem zastanawialiśmy się nad wymarzonym rajdem WRC. Każdy z nas miał tutaj nieco inne podejście. Jakie są nasze marzenia?

W naszej zabawie uwzględniliśmy trzy pytania: w którym rajdzie chciałbyś wystartować? Jakim samochodem oraz z którym pilotem?

Budżet nielimitowany, więc mogliśmy puścić wodzę fantazji. Jak to wszystko wyszło?

W którym rajdzie byś wystartował?

Marcin Zabolski:

Poprzeczkę lubię stawiać wysoko, dlatego zdecydowanie wybieram Rajd Finlandii. Leśne odcinki na polodowcowym Pojezierzu Fińskim budzą, nie tylko u mnie, przypływ adrenaliny od samego patrzenia się na pofalowane szutrowe autostrady. Złożenie auta bokiem do czwórkowego zakrętu przez szczyt, za którym czeka nas lot, a po nim kontra z pełnym gazem do kolejnego takiego manewru w drugą stronę… No i wpadamy w słynny trans. Poza tym jazda w szpalerze drzew po szutrze to dla mnie coś esencjonalnego dla rajdów. Szybki przejazd trasy wyglądającej na niebezpieczną to jest impuls, który sprawia, że rajdy stają się nieuleczalne.

Jarek Bartkiewicz:

Skoro w samochodach wytypowałem Xsarę na główną broń, nie wyobrażam sobie innego scenariusza, jak start nią w Rajdzie Monte Carlo. Ale nie tylko z tego powodu. To runda WRC, gdzie co sezon następuje kulminacja emocji i blichtr związany z tym cyklem. Poza tym gdzie sprawdzić swoje umiejętności, jak właśnie nie w południowych Alpach. Przełęcz Col de Turini i późniejsze spadanie po asfaltowym spaghetti to tzw. mus! Ale gdyby dołączyć do tego rollercoaster Ouninpohja, Panzerplatte, Sweet Lamb i Rościszów-Walim? Dobra, rozmarzyłem się.

Maciej Jędrusik:

Nad rajdem musiałem się poważnie zastanowić. W grę wchodziłyby dwie zupełnie inne imprezy – Monte Carlo i Safari. Chyba jednak wolałbym iść bokiem po ciasnych zakrętach dróg w południowej Francji, niż męczyć się w afrykańskiej dżungli, kiedy temperatura w aucie przekracza 50 stopni. Nigdy nie byłem zwolennikiem upałów. Monte Carlo w styczniu jest idealne.

Igor Szmidt:

Choć nie lubię zimna, to zawsze bardzo podobał mi się Rajd Szwecji. Ocieranie się o śnieżne bandy wydaje się być superkuszące. Zdaję sobie jednak sprawę, że przy niemal zerowym doświadczeniu za kierownicą rajdówki znalazłyby się pewnie łatwiejsze rundy Rajdowych Mistrzostw Świata. Mimo to – wybieram zajebistą atmosferę. Kibiców ze Szwecji, Norwegii czy Finlandii nie da się podrobić. Poza tym runda ta z pewnością przypasowałaby mojemu pilotowi.

Izaak Chwist:

Jak szaleć to na całego. Marzę o Monte Carlo, ale żeby bardziej mierzyć siły na zamiary, to skusiłbym się na Rajd Szwecji. Patrząc na aktualną pogodę za oknem i widząc półtorametrowe bandy śniegu przy drodze, po prostu nie mogłem wybrać inaczej. Skoro jazda Astrą po okolicach w aktualnych warunkach daje mi tyle frajdy, to flat out po zabezpieczonych szwedzkich odcinkach musi być epicko ekscytujący.

Wojciech Garbarz:

Trudno jest wybrać ten jeden, jedyny rajd, który by się chciało przejechać. Najlepiej, gdyby to był taki miks imprez, a raczej wszystkich tych kultowych miejsc, które dawniej podziwialiśmy i podziwiamy nadal w mistrzostwach świata. Myślę, że taki rajd marzeń najlepiej pokazuje w swoim filmiku „WRC – Greatest Stages Top 30” Antti Kalhola. Jestem przekonany, że posiadając ponadprzeciętne umiejętności rajdowe, najwięcej frajdy czerpie się pokonując szybkie, rytmiczne oesy w Finlandii czy Szwecji (tu na pewno dodatkowym plusem jest jazda na długim kolcu).

Zakładając, że takowych umiejętności nie mam (a nie mam), wybrałbym może coś łatwiejszego. Na pierwszym miejscu postawiłbym na Rajd Nowej Zelandii, który niestety od kilku lat jest nieobecny w WRC. Bardzo tego żałuję, bowiem zawsze wydawało mi się, że to najpiękniejsza rajdowa impreza na świecie. Zresztą niejednokrotnie powtarzali to kierowcy, którzy mieli okazję tam startować. Równe jak stół, nieco kręte i doskonale wyprofilowane szutrowe oesy rozgrywane w niespotykanej w Europie scenerii. Bajka!

Drugim takim rajdem byłaby „stara” Katalonia, czyli rajd z większością oesów rozgrywanych na północ od Barcelony (La Trona!!!). Zawsze z niecierpliwością wyczekiwałem tego rajdu, który dla mnie jest wzorem imprezy asfaltowej.

Kamil Wrzecionko:

Stawiam na Rajd Niemiec. Po głowie chodziły mi jeszcze Rajd Monte Carlo oraz Wales Rally GB. Z tego pierwszego jednak bym zrezygnował, bo o ile to kapitalna zabawa i przeżycie dla kibica, to jednak dla zawodnika to bardzo wymagający i trudny rajd. W Walii jest fajnie i generalnie podoba mi się charakterystyka oesów oraz cała ta otoczka, ale wybrałbym Rajd Niemiec. Przede wszystkim lepiej czułbym się na asfalcie. Impreza u naszych zachodnich sąsiadów zawsze bardzo mi się podobała. Przecież na dobrą sprawę mamy tam trzy różne rajdy w jednym – winnice, baza wojskowa i lasy. Co do tego pierwszego wyzwania, to potrzebowałbym pewnie solidnych testów, ale wierzę w to, że dałbym radę. Przejechać takie klasyki jak Mittelmosel, czy Panzerplatte… Marzenie.

Jakim samochodem byś wystartował?

Izaak Chwist:

Na Rajd Szwecji oczywiście nie wziąłbym ośki. Tylko samochód z napędem na cztery koła. Nowe WRC kuszą, ale za dużo w tym wszystkim elektroniki i nowoczesnych technologii. Wolę bardziej tradycyjne i oldschoolowe auta. Pójdę więc w klasykę. Po krótkim przemyśleniu dylematu między Imprezą Krzysztofa Hołowczyca a Audi Grzegorza Olchawskiego, stawiam na Quattro. Dźwięk tego samochodu, od zawsze przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Dla mnie to prawdziwe ecstasy na kółkach. Quattro plus ośnieżone oesy… Na samą myśl się jaram.

Marcin Zabolski:

Na pewno nie wybrałbym współczesnego samochodu WRC. Żeby taki pojedynczy start miał ucieszyć, to musiałoby to być auto, które nie przerasta choć wyobrażenia, jak należy nim jeździć. Aerodynamika obecnych WRC łamie wszelkie prawa fizyki. Tego nie wyniesiemy z KJS-ów i chyba nawet ze startów profesjonalnym autem R5. Zamiast tego wybrałbym coś pokroju A-grupowej Subaru Imprezy 555 z Prodrive’u. Ze względu na to, że homologacja nie umożliwia występu już tak historycznym pojazdem, to chętnie bym przyjął rolę zerówki. Do rywalizacji na czas wolałbym stanąć z pełnym programem (także innym autem). W pojedynczym, najważniejsze jest wyniesienie maksimum frajdy.

Wojciech Garbarz:

Tu też miałbym dwa typy. Zakładając, że startuję w Rajdzie Nowej Zelandii, to wybrałbym jakieś auto WRC. W sumie nie jakieś tylko konkretnie Toyotę Corollę. Dlaczego? Wiele razy rozmawiałem z doświadczonymi drajwerami, który ich zdaniem samochód jest najbardziej przyjazny, najłatwiejszy w obsłudze i najlepiej słuchający poleceń kierowcy. Odpowiedź zazwyczaj była jedna – właśnie Corolla.

No ale mamy przecież jeszcze Rajd Katalonii, który zazwyczaj rozgrywany jest na suchej nawierzchni. W tym przypadku wybór jest oczywisty – to musiałby być jakiś dwulitrowy Kit Car ze schyłku XX wieku. Może więc Citroen Xsara, którym w 1999 roku Philippe Bugalski wygrał na hiszpańskich asfaltach?

Jarek Bartkiewicz:

Jeden rajd w WRC? Z miłości i prywatnego doświadczenia z modelami tej marki oraz absolutnego fetyszu do dźwięku przypominającego bulgoczące kartofle z wydechu, nie mogę wytypować na pierwszym miejscu nic innego, jak Subaru Impreza WRC. Którą wersję? Moją ulubioną – blobeye, mistrzowską.

Z sentymentu w grę wchodzi jeszcze A-grupowa Lancia Delta HF Integrale. Ale wybierając racjonalnie? Tu może być lekkie zaskoczenie – Citroen Xsara WRC. Moim zdaniem „wurc” przygotowany i pasujący do czempiona. Pamiętam start tego auta w WRC w 2002 roku podczas Rajdu Monte Carlo, ale też knock out, który wykonał Sebastien Loeb kilka miesięcy później w Rallye Deutschland wygrywając francuskim modelem.

Potrzebujecie innej rekomendacji Xsary? W 2003 roku w fabrycznym teamie Citroena wylądowało dwóch mistrzów świata – Colin Mcrae i Carlos Sainz oraz aspirujący do tego tytułu Sebastien Loeb. O hat-tricku w wykonaniu tych panów podczas 71. Rajdu Monte Carlo nie muszę chyba przypominać. Dlatego rajdówkę Citroena biorę w ciemno, nawet jeśli na nocnych odcinkach na masce miałaby się popsuć „elektrownia”.

Igor Szmidt:

Skoro śnieg i Szwecja to i napęd na cztery łapy byłby przydatny. Miałem okazję odwiedzić fabrykę Skody Motorsport w Mladej Bolesław, porozmawiać z kierowcami czy ludźmi z fabryki, więc chętnie wskoczyłbym do Skody Fabii R5. Poza tym, to przecież jedna z najbardziej utytułowanych rajdówek w tej klasie, więc zabawa byłaby przednia.

Kamil Wrzecionko:

Postawiłem na Rajd Niemiec, a teraz postawię na niemiecką konstrukcję, czyli Volkswagena Polo R WRC. Kto wie, czy nie jest to najlepszy samochód rajdowy, jaki kiedykolwiek w historii powstał. Co ciekawe, nie byłem wielkim fanem producenta z Wolfsburga, kiedy ten wygrywał wszystko w WRC, ale z perspektywy czasu uświadomiłem sobie, jak genialne było Polo WRC. Możecie powiedzieć, że to banał, że na asfalt powinienem wziąć co najmniej Peugeota 306 Maxi, ale szczerze – nie sądzę, żeby jakikolwiek samochód dał mi tyle frajdy, co właśnie VW. Szeroki nawrót, ręczny i pełny gaz. Genialne zawieszenie, kapitalne hamulce – wszystko na miejscu. Zabawie nie byłoby końca.

Maciej Jędrusik:

Przy absolutnie nieograniczonym budżecie wybrałbym krótką i narowistą maszynę, która zachwycała kierowców rajdowych na całym świecie – Peugeota 206 WRC z 2002 roku. Dokładnie tego, którym po drugi tytuł mistrza świata sięgnął Marcus Gronholm. Jestem w tym samochodzie zakochany, to zdecydowanie najpiękniejszy wurc wszech czasów, którego dodatkowo charakteryzowała spora niezawodność.

Kogo wsadziłbyś na prawy?

Marcin Zabolski:

Phil Mills to jest ktoś, kogo chciałbym usłyszeć nie tylko w słuchawkach na oesie, ale i w zwykłej nawigacji samochodowej. Oglądając stare onboardy Pettera Solberga zawsze imponowała mi jego bogata linia melodyczna. W sekwencji zakrętów szybkie strzały komend jak z karabinu, a przy wyjściu na prostą odprężające i specyficznie zaakcentowane „fiftyyy…”. Coś niesamowitego.

Zresztą rytmiczne dyktowanie to chyba niedoceniany aspekt sztuki rajdowej, który może mieć znaczenie dla koncentracji kierowcy, zwłaszcza na długich odcinkach specjalnych. Z tak doświadczonym i uzdolnionym pilotem nie bałbym się wlecieć bokiem przez szczyt, za którym widać tylko drzewa.

Kamil Wrzecionko:

A na prawy wsadziłbym… Kajetana Kajetanowicza. Chciałbym mieć w samochodzie przede wszystkim równego chłopa, a Kajto takim bez wątpienia jest. Podejrzewam, że przy moim tempie w samochodzie WRC z dyktowaniem odnalazłby się każdy, nawet moja mama, więc nie mam żadnych wątpliwości, że i Kajto by podołał. Chciałbym skorzystać z jego doświadczenia, a kto wie – może w połowie rajdu zacząłbym przyśpieszać, wprowadzać w życie jego podpowiedzi i nie tylko czerpać z jazdy więcej radości, ale i poprawiać tempo. Jedno jest pewne, w samochodzie nie byłoby grobowej atmosfery, a z Kajetanem pewnie sporo czasu spędzilibyśmy w śmiechu.

Igor Szmidt:

Nie oszukujmy się, ale wyników i tak nie zacząłbym wykręcać od samego początku, więc na prawym chętnie zobaczyłbym Kimiego Raikkonena. Wyobraźcie sobie tylko – rozbijamy samochód w środku lasu, zimno, ciemno… Któż może być lepszym kompanem do dotrzymania towarzystwa niż Kimi? Impreza na pewno byłaby pierwszorzędna.

Jarek Bartkiewicz:

Miło byłoby napić się dobrego piwa po etapie z Danielem Eleną. Z kolei lubię romantycznie szorstki, walijski akcent Nicky’ego Grista (oołwer krest!) a i chętnie od „Wiślaka” chciałbym usłyszeć na interkomie „150 w siodle”. Ale jeśli miałbym możliwość wybrania pasującego do mojego charakteru (jazdy i psychiki) kompana, na prawym posadziłbym swojego imiennika, Jarka Barana. Ilekroć ktoś z mało wtajemniczonych w rajdy pyta się mnie, po co jest pilot rajdowy, odpalam onboard z Rallye Antibes – Azur 2002. Tak, ten w legendarnym składzie Kulig/Baran w Peugeot 206 WRC. Warsztat na topowym poziomie jak perfekcyjnie dostrojone „piano”. A dostać „opierdziel”, że tempo na oesie było za wolne? Właśnie po to m.in. jest inteligentny umysłowy. Fakt, że mistrzowski duet z Polski przegrał w tamtym roku tytuł mistrzów Europy z Renato Travaglią i Flavio Zanellą nie ma tu nic do rzeczy.

Izaak Chwist:

Lubię konkretnych ludzi, niesplamionych poprawnością polityczną. Jeśli szukać takiej osoby wśród pilotów rajdowych, to przychodzą mi na myśl dwie osoby. Pierwszą jest Daniel Elena, który wykłada na bycie fit i zdrowy styl życia. Czarna kawa z rana i na oesy (w przypadku Daniela – kawa i papieros), a wieczorem zimne piwko. Idealnie. Jest jedna przeszkoda, kompletnie nie znam francuskiego. Zostaje zatem drugi mój faworyt – Łukasz Włoch. Facet z krwi i kości, z dużym doświadczeniem w roli pilota. Poza tym Włoch słynie ze swobodnego wyrażania się i w wielu kwestiach ma bardzo zbliżony światopogląd do mojego. Mogłoby być zabawnie.

Wojciech Garbarz:

W tym przypadku wybór jest jeden i tylko jeden – Luis Moya. Przed laty, jeszcze jako student uwielbiałem słuchać jego sposobu dyktowania. Oczywiście nic nie rozumiałem, ale poszczególne sentencje wypowiadane przez niego z prędkością karabinu zawsze były balsamem dla moich uszu. I to mimo faktu, iż nigdy nie byłem jakimś szczególnym kibicem Carlosa Sainza. W tamtych czasach moje serce skradł Tommi Makinen.

Traf chciał, że po wielu latach miałem okazję dość dobrze poznać Luisa Moyę. Byliśmy wspólnie na kilku rajdach, przegadaliśmy wiele godzin. Zresztą do dzisiaj mamy ze sobą bardzo dobry kontakt. Jestem przekonany, że mając u boku Luisa przede wszystkim miałbym zapewniony profesjonalizm, a po drugie świetną zabawę. Luis to gaduła, jakiej świat nie widział. Ale gaduła w pozytywnym zdarzeniu. To ile ten facet ma różnych historyjek i anegdot do opowiedzenia jest wręcz nie do opisania. Kapitalny facet.

Maciej Jędrusik:

Na prawym w moim 206 WRC jest miejsce tylko dla jednej osoby. Ten gentleman to Nicky Grist. Chyba nikomu nie byłbym w stanie zaufać bardziej, niż byłemu pilotowi  Colina McRae, Armina Schwarza i Juhy Kankkunena. Barwa głosu tego gościa i jego opanowanie bardzo przydadzą się podczas wyciskania siódmych potów z mojego 300 konnego lwa na oblodzonym Col de Turini.

Przeczytaj również