- Hyundai Ioniq 3 cofnie dokładnie tam, skąd przyjechał
- Gleo AI zamiast przeklikiwania kolejnych ekranów
- Nowocześnie, ale bez ekranozy
- Bose w miejskim hatchbacku. I to nie dla ozdoby
- Z zewnątrz segment B, ale w środku Ioniq 3 chce być kompaktem
- Od 344 do 488 km zasięgu
- Ioniq 3 za 119 900 zł to dopiero początek cennika
- Chińczycy nie mają monopolu na technologiczne fajerwerki
Artykuł powstał w ramach płatnej współpracy z firmą Hyundai Motor Poland, ale bez jej ingerencji w treść.
Ostatnio można mieć już wręcz dość tego, że sporo graczy rynkowych tworzy nowe auta na jedno kopyto. Duży, ale ciasny w środku SUV, wszystkie funkcje ukryte gdzieś w za dużym ekranie dotykowym. Do tego sporo wyposażenia, które zachwyca w pierwszym wrażeniu, ale potem na co dzień i tak się z tego nie korzysta. No i właśnie Hyundai Ioniq 3 wyjściem z tej strefy komfortu mi bardzo zaimponował. W opcji N-Line mogłem poczuć naprawdę sporo radości z jazdy i komfortu użytkowania.
Hyundai Ioniq 3 cofnie dokładnie tam, skąd przyjechał
Zacznę od funkcji, która zrobiła na mnie chyba największe wrażenie. Ioniq 3 może zapamiętać ostatni fragment pokonanej trasy, a następnie samodzielnie odtworzyć go podczas cofania. Memory Reverse Assist przyda się chociażby wtedy, gdy wjedziemy w ciasną uliczkę, z której trudno później wycofać. Samochód pamięta ruchy kierownicą i jest w stanie wrócić po swoim śladzie. To rozwiązanie, którego próżno szukać nawet w niejednym znacznie droższym chińskim flagowcu.
Na tym możliwości parkowania się nie kończą. W bogatszych odmianach mamy kamery 360 stopni oraz Remote Smart Parking Assist, dzięki któremu można zdalnie przemieszczać samochód podczas parkowania. Jest też podgląd obrazu z kamer martwego pola po włączeniu kierunkowskazu. To funkcje znane z droższych modeli Hyundaia, które teraz trafiają do niewielkiego hatchbacka.
Gleo AI zamiast przeklikiwania kolejnych ekranów
Jeszcze większą zmianę przynosi jednak PLEOS Connect. Ioniq 3 jest pierwszym europejskim Hyundaiem z nową generacją systemu multimedialnego opartego na Android Automotive OS. Interfejs może działać podobnie do smartfona. Chodzi nie tylko o otrzymywanie aktualizacje OTA i instalowanie aplikacji. To, co wyświetlamy możemy łatwo umiejscowić tam, gdzie nam pasuje. Przestawiać widżety pod siebie, a nie dostosowywać się do narzuconego schematu. Hyundai chce docelowo wprowadzić PLEOS Connect do około 20 mln samochodów swoich marek do 2030 r.

Najciekawszą częścią systemu jest Gleo AI, czyli asystent wykorzystujący duży model językowy. Zamiast uczyć się sztywnych komend, mamy z nim rozmawiać bardziej naturalnie. Potrafi zrozumieć kontekst, wykonać kilka poleceń wypowiedzianych w jednym zdaniu, wyszukiwać informacje w internecie, ustawić nawigację czy temperaturę. Rozpoznaje nawet, z którego miejsca w samochodzie pada polecenie. Pasażer może więc powiedzieć, że chce włączyć podgrzewanie swojego fotela, a system powinien wiedzieć, o które siedzenie chodzi.
Nowocześnie, ale bez ekranozy
Co ciekawe, technologiczna rewolucja nie oznacza tutaj obłożenia całej deski rozdzielczej wyświetlaczami. Centralny ekran ma zależnie od wersji 12,9 lub 14,6 cala, a od wersji Trend dochodzi niewielki 9,9-calowy wyświetlacz przed kierowcą. Najważniejsze jest jednak to, co znajduje się pod ekranem.

Hyundai pozostawił fizyczne przyciski i pokrętła m.in. do klimatyzacji, radia czy ogrzewania foteli. Po prezentacji samochodu odebrałem to jako jeden z jego większych atutów. Nowoczesność nie wymaga przecież chowania regulacji temperatury trzy poziomy w menu dotykowym. Mogłem to robić łatwo z poziomu ekranu, ale po naciśnięciu przycisku powiedziałem do siebie „wreszcie normalność”. Sam Hyundai podkreśla, że PLEOS projektowano tak, aby połączyć sterowanie dotykowe z fizycznym i ograniczać rozpraszanie kierowcy.
Bose w miejskim hatchbacku. I to nie dla ozdoby
Podobne podejście widać w kwestii audio. Wersja Prime otrzymuje nagłośnienie Bose z ośmioma głośnikami, natomiast topowe N Line EVO dostaje jeszcze głośniki wysokotonowe, centralny i zewnętrzny wzmacniacz. To może wydawać się detalem, ale po doświadczeniach z niektórymi drogimi chińskimi SUV-ami doceniam, że Hyundai nie próbuje imponować wyłącznie ogromną liczbą głośników i własną egzotycznie brzmiącą nazwą systemu.

Co ważne, nie trzeba kupować najdroższej wersji, żeby Ioniq 3 był dobrze wyposażony. Już Select za 119 900 zł ma dwustrefową klimatyzację, inteligentny tempomat Stop&Go, kamerę cofania, przednie i tylne czujniki parkowania, monitorowanie martwego pola oraz ekran PLEOS o przekątnej 12,9 cala.
Z zewnątrz segment B, ale w środku Ioniq 3 chce być kompaktem
Największą sztuczkę projektanci wykonali jednak z przestrzenią. Ioniq 3 mierzy zaledwie 4155 mm długości, więc gabarytami wpisuje się w okolice segmentu B. Rozstaw osi wynosi jednak aż 2680 mm, a płaska podłoga charakterystyczna dla konstrukcji elektrycznej pozwoliła znacznie lepiej wykorzystać wnętrze. Hyundai mówi wręcz o przestronności samochodu z wyższego segmentu i faktycznie dowozi wygodne miejsca dla pięciu osób, w tym trzech dorosłych z tyłu.
- fot. materiały prasowe
- fot. materiały prasowe
Zaskakuje też bagażnik. Podstawowa przestrzeń ma 322 l, ale pod podłogą ukryto ogromny 119-litrowy Megabox. Łącznie daje to 441 l przestrzeni bagażowej. W samochodzie niewiele dłuższym niż typowe miejskie hatchbacki jest to wynik, który może zainteresować także małą rodzinę, a nie tylko kogoś szukającego drugiego auta do miasta.
Od 344 do 488 km zasięgu
Podstawowy Ioniq 3 za 119 900 zł ma akumulator 42,2 kWh, silnik o mocy 147 KM i deklarowany zasięg do 344 km WLTP. Wersja Long Range korzysta z baterii 61 kWh. Co nietypowe, jej silnik jest słabszy i ma 135 KM, ale zasięg wzrasta do 488 km WLTP. W obu przypadkach napęd trafia na przednie koła.

Na szybkiej ładowarce uzupełnienie energii od 10 do 80 proc. ma zajmować około 29–30 minut. Ciekawsza może być jednak możliwość zamówienia pokładowej ładowarki AC o mocy 22 kW. To w praktyce oznacza, że odpowiednio mocny publiczny punkt AC może być znacznie bardziej użyteczny niż w wielu elektrykach przyjmujących w takich warunkach 11 kW. Ioniq 3 może również oferować V2L, czyli zasilanie z akumulatora samochodu zewnętrznych urządzeń elektrycznych.
Ioniq 3 za 119 900 zł to dopiero początek cennika
Cena inauguracyjna 119 900 zł dotyczy wersji Select z mniejszą baterią. Trend z tym samym akumulatorem kosztuje 136 400 zł, a z baterią 61 kWh – 152 400 zł. Dalej mamy N Line za 170 900 zł, bogato wyposażonego Prime za 175 700 zł oraz N Line EVO za 179 900 zł.

Dopiero droższe odmiany pokazują więc pełnię technologicznych możliwości Ioniqa 3. Prime dostaje m.in. kamery 360 stopni, Bose, pompę ciepła i rozszerzone systemy wspomagania kierowcy. N Line stawia dodatkowo na sportową stylistykę i matrycowe reflektory, a N Line EVO dokłada m.in. 19-calowe koła, szyby akustyczne, rozbudowane audio oraz cyfrowy kluczyk.
Chińczycy nie mają monopolu na technologiczne fajerwerki
I właśnie to najbardziej spodobało mi się podczas pierwszego spotkania z Ioniqiem 3. Nie próbuje przekonać klienta jednym gigantycznym ekranem i dziesiątkami efektownych funkcji, z których później niewiele wynika. Zamiast tego mamy fizyczne przyciski, dużą przestrzeń, bardzo praktyczny bagażnik, dobre audio i rozwiązania takie jak cofanie po zapamiętanym torze.
Do tego dochodzi PLEOS Connect z Gleo AI, który pokazuje, że Hyundai traktuje samochód jak urządzenie definiowane również za pomocą oprogramowania. Czy wszystko będzie działało równie dobrze w codziennym użytkowaniu, okaże się podczas pełnego testu. Po pierwszym spotkaniu Ioniq 3 sprawia jednak wrażenie auta, w którym technologia ma przede wszystkim ułatwiać życie, zamiast służyć wyłącznie do imponowania listą wyposażenia.
A właśnie pod tym względem kilka znacznie droższych samochodów z Chin mogłoby się od niewielkiego Hyundaia czegoś nauczyć.

