Spis treści:
- Najlepsza wersja Monte
- Dramaturgia i zwroty akcji
- Dublet Katsuty
- Chcemy więcej!
Start sezonu WRC – od razu „na grubo”
Zaczęło się znakomicie – od Rajdu Monte Carlo. To impreza, na którą zawsze bardzo mocno się czeka, natomiast w przeszłości ona bardzo często przynosiła spore rozczarowanie. W ostatnich latach na trasach praktycznie nie było ani śniegu, ani lodu. A kiedy odcinki Monte Carlo są suche, rajd ten traci niemal cały swój klimat i charakter. Zresztą – z walką o zwycięstwo też bywało różnie i zdarzało się, że przewaga liderów wykluczała jakiekolwiek emocje. Natomiast w tym roku było zupełnie inaczej – dostaliśmy takie Monte Carlo, jakie kochamy i jakiego pragniemy zawsze, w każdej edycji.

Śnieg, deszcz, lód, mgła, ciemności, błoto, syf – absolutny miszmasz warunków i zmieniająca się przyczepność w każdym zakręcie. To jest prawdziwe Monte Carlo i w tym roku inauguracja WRC była absolutnie najlepszą możliwą wersją siebie. A oprócz tego, jakaż dramaturgia w samej rywalizacji. Oliver Solberg i Elliott Edmondson jako liderzy po czwartku, później łapią kapcia, wypadają z drogi w najbardziej spektakularnej akcji Rajdowych Mistrzostw Świata tej dekady. W końcu oni wygrywają – w pierwszym starcie jako pełnoprawna fabryczna załoga Toyoty – co za historia!
Szwecja – taka, jaka ma być
Później Rajd Szwecji – mróz, śnieg, wysokie bandy, szwedzki kolec w warunkach, które były dla niego wręcz stworzone. Chcąc w kalendarzu WRC rajdu zimowego, chcemy dokładnie tego, co oglądaliśmy w tym roku w okolicach Umea. Wysokie prędkości, dalekie skoki, szerokie poślizgi, oraz tysiące kibiców palących ogniska – wspaniały klimat. No i zwycięstwo Elfyna Evansa ze Scottem Martinem, które przyniosło zmianę na fotelu lidera mistrzostw.

Na temat tegorocznego Rajdu Safari wypowiedziałem się dosyć krytycznie. Wszystko za sprawą tego, że nie miał on zbyt wiele wspólnego ze współczesną rywalizacją na odcinkach specjalnych, z walką o czas. Padający deszcz sprawił, że odcinki specjalne były niemal nieprzejezdne. Wszechobecne błoto, koleiny, samochód stawiany bokiem, miotany na wszystkie możliwe strony przy 30 km/h na prostym odcinku – to przecież się nie zdarza. Ten rajd nie miał nic wspólnego z równą rywalizacją, natomiast… czy brakowało w nim dramaturgii i emocji? Absolutnie nie.
Dublet Katsuty w WRC – co proszę?
Czy uważam, że to pierwsze zwycięstwo Takamoto Katsuty i Aarona Johnstona w Kenii było zasłużone? No cóż – zależy, jak na to spojrzeć. Jeśli na całokształt kariery, oczywiście, zasługiwali na to, należało im się. Czy akurat w tegorocznym Safari – z tym bym już polemizował. Japończyk z Irlandczykiem nie byli najszybszą załogą na tym rajdzie, ale przetrwali, w przeciwieństwie chociażby do trzech innych załóg Toyoty. Jeśli rajdy mają być testem nie tylko prędkości, ale i wytrzymałości – okej. Natomiast znów – kolejna niesamowita historia – pierwsze zwycięstwo w karierze.

I Rajd Chorwacji absolutnie trzem poprzednim rundom nie ustępował. Wypadek już na pierwszym odcinku Solberga, po chwili z drogi wypada lider mistrzostw świata – Evans. Po swoje pierwsze, upragnione zwycięstwo jedzie Sami Pajari, który pod koniec sobotniego etapu przebija oponę i spada na 3. miejsce. Kiedy wszystko wskazuje na to, że Thierry Neuville da Hyundaiowi pierwsze zwycięstwo w sezonie, Belg wypada z drogi na Power Stage’u, jadąc z przewagą ponad minuty i urywa koło. Dramat jednych, szczęście innych – po drugie zwycięstwo z rzędu sięgają Katsuta i Johnston, którzy zostają… nowymi liderami Rajdowych Mistrzostw Świata. W dodatku Rajd Chorwacji jest już zlokalizowany w nowej lokalizacji, u wybrzeży Adriatyku. Jest tu o wiele ładniej…
Kocham rajdy – ten sezon mi o tym przypomina
Każdy kolejny rajd tegorocznego sezonu WRC jest absolutnie najlepszą wersją siebie. O samych mistrzostwach świata można zresztą powiedzieć dokładnie to samo. Emocje, dramaturgia, niesamowite historie, niespodzianki, zwroty akcji, łzy rozpaczy, ale też szczęścia. Niesamowite akcje, ratowania, jazda w stylu „flat-out”, wypadki, zwycięstwa „underdogów” – to jest to, co kibice uwielbiają. Tegoroczny sezon WRC przypomina mi, jak bardzo kocham rajdy samochodowe. Pierwsze cztery rundy sezonu zawiesiły poprzeczkę tak wysoko, że pozostali będą mieli problem z tym, aby im dorównać.

Nie twierdzę, że poprzednie sezony były jakieś bardzo nudne, ale ten jest inny – jest jak na sterydach. Jest jak hybrydowa Rally1 z najlepszych czasów, „nadmuchana” do granic możliwości na trasie Rajdu Finlandii, na tle starszej Fabii R5. Jasne – to i to jest fajne, to i to jest ciekawe, ale to inna liga. Mamy świetne rajdy, ciekawych zawodników, polskie akcenty, również jeśli chodzi o obiecującą młodzież. Kurczę, to jest naprawdę świetny sezon – dawać już ten Rajd Wysp Kanaryjskich, niech się dzieje!
Zdjęcia: Jaanus Ree / Red Bull Content Pool