W Formule 1 reklamowania wyrobów tytoniowych ostatecznie zabroniono w 2007 roku – wtedy na kilku torach, m. in. w księstwie Monako, po raz ostatni na czerwonych bolidach pojawił się napis „Marlboro”.
Przez kolejne trzy lata zespół z Maranello korzystał z biało-czerwonego malowania w kody kreskowe, które narzucały oczywiste skojarzenia z firmą zajmującą się wyrobami tytoniowymi. W 2010 roku pojawiły się jednak sugestie, jakoby Ferrari stosowało podświadomą reklamę, więc zrezygnowano i z tego pomysłu.
Samochody prowadzone w minionych latach przez Sebastiana Vettela, czy Kimiego Raikkonena w niczym nie sugerują już współpracy z Marlboro, jednak ta najwyraźniej ma się dobrze.
Ferrari i Philip Morris podpisali pierwszą umowę ponad 40 lat temu, a od 1997 roku Marlboro było sponsorem tytularnym. W poniedziałek wydano oświadczenie, w którym czytamy o przedłużeniu kolejnej umowy.
Jak to możliwe? Jakie korzyści czerpie Marlboro ze sponsorowania Ferrari, choć te nie może w żadnym miejscu umieścić ich logotypów? Wydaje się, że kontynuacja współpracy była z góry przesądzona – Maurizio Arrivabene, obecny szef zespołu Ferrari, pojawił się w Maranello po opuszczeniu stanowiska w dziale marketingu Philip Morris… i najwyraźniej utrzymał dobre kontakty z byłym pracodawcą.