Spis treści:
- Zmiany w kalendarzu F1
- Odwołanie wyścigów to bardzo zła decyzja
- Sytuacja na Bliskim Wschodzie wpływa na serię i zespoły
F1 bez wyścigów w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej?
Pierwotny kalendarz F1 na sezon 2026 uwzględniał 24 rundy. Dwie z nich – w Australii i Chinach – już za nami. W dniach 27-29 marca, akurat podczas sakury, odbędzie się Grand Prix Japonii. Przesunięte ze względu na Ramadan Grand Prix Bahrajnu oraz Arabii Saudyjskiej miały odbyć się w odpowiednio w dniach 10-12 oraz 17-19 kwietnia. Dziś już wiemy, że do takiego scenariusza na pewno nie dojdzie. Zgodnie z aktualną, nową wersją kalendarza F1, kolejną rundą sezonu po Japonii będzie Grand Prix Miami, na które przyjdzie poczekać nam ponad miesiąc – do dni 1-3 maja.

Według obowiązującej aktualnie wersji kalendarza, sezon ma 22 rundy. Nie ma w nim ani Bahrajnu, ani Arabii Saudyjskiej. Decyzja o odwołaniu obu imprez ma oczywiście związek z konfliktem trwającym na Bliskim Wschodzie. Oba wspomniane kraje również są w niego zamieszane – pośrednio i mimowolnie, ale jednak. Oficjalny komunikat mówił, że imprezy te nie odbędą się w kwietniu. To w teorii otwiera pole do tego, aby przełożyć je na inny termin. Rzecz w tym, że według części ekspertów jest to niemożliwe. Kalendarz ma być zbyt napięty i zbyt „pełny”, aby wsadzić Bahrajn i Arabię Saudyjską w inny termin.
To bardzo zła informacja dla Formuły 1
Sama decyzja o odwołaniu wyścigów w aktualnej sytuacji jest oczywiście słuszna. Natomiast zauważyłem w sieci głosy kibiców, którzy z tego faktu się wręcz cieszą. Którzy sobie dworują, że tych rund na Bliskim Wschodzie w ogóle nie powinno być w kalendarzu, więc „wszystko wraca do normy”. Rzecz w tym, że jest to absolutna bzdura. Duża część kibiców nie potrafi, albo nie chce zrozumieć podstawowych zależności. Wyścigi w takich miejscach, jak chociażby Bliski Wschód, mają dla Formuły 1 ogromne znaczenie. To one pozwalają na tak dynamiczny rozwój serii oraz zespołów. Potwierdzeniem tej tezy może być to, o czym w ostatnich dniach donoszą media.

Według raportu Guggenheima Formuła 1 na odwołaniu tych dwóch rund może stracić około 200 milionów dolarów! Spekuluje się, że Arabia Saudyjska płaci za organizację wyścigu ok. 55 milionów a Bahrajn około 52 miliony dolarów. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że to jedne z najwyższych kwot w mistrzostwach. Ba – wpływy z regionu Bliskiego Wschodu mają stanowić około 27% całkowitych przychodów Formuły 1. Ale na tym wyliczanka się nie kończy. Dochodzą do tego wpływy ze sponsoringu, praw telewizyjnych i tak dalej. Łącznie F1 ma stracić na odwołaniu tych wyścigów właśnie około 200 milionów dolarów.
Nie tylko cała F1, ale i zespoły
To, że F1 zarobi mniej, oznacza też gorszą sytuację finansową zespołów. W prostych słowach – do podziału na koniec sezonu będzie mniejszy tort, więc każdy dostanie odpowiednio mniejszy kawałek. To raz, a dwa, że zespoły mają przecież sponsorów z tamtego regionu. Jakiekolwiek problemy finansowe na Bliskim Wschodzie odbiją się również na teamach Formuły 1. Każdy, kto patrzy obiektywnie i zdroworozsądkowo na świat, wie, że takie wydarzenia na Bliskim Wschodzie muszą się odbywać. Że pieniądze, które stamtąd płyną, w znacznym stopniu przyczyniają się do rozwoju – zarówno całej serii, jak i zespołów.

Zresztą, to nie dotyczy tylko motorsportu. Ludzie często sprzeciwiają się chociażby rozgrywaniu tam turniejów tenisowych, międzynarodowych meczów, czy turniejów piłkarskich, ale też masy innych wydarzeń najróżniejszych dyscyplin. Ba – wykracza to daleko poza sport i dotyczy też innych dziedzin życia. Zatem myśląc logicznie – np. sportowi kibice zamiast narzekać, powinni wręcz oczekiwać, aby wydarzeń w tamtym regionie było nawet więcej. Nie chodzi o to, czy się to komuś podoba, czy nie. Chodzi o to, jakie niesie to za sobą pieniądze i jak bardzo pozwala na rozwój. O to, że te pieniądze pozwalają później na robienie „fajnych rzeczy” w innych częściach świata. Jeśli konflikt będzie się przedłużał, zagrożone mogą być też wyścigi w Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a według niektórych nawet w Azerbejdżanie.
Wszystko to wykracza nawet dalej
Odwoływanie rund zawsze oznacza stratę pieniędzy. W przypadku rund na Bliskim Wschodzie mowa o pieniądzach ogromnych. Natomiast ta sytuacja na Bliskim Wschodzie ma o wiele szersze i bardziej dotkliwe konsekwencje. Oczywiście tylko w kwestii motorsportu, nie wspominając nawet o innych aspektach. Oznacza to chociażby problemy logistyczne i konieczność wyboru innych, droższych tras. To też zwiększone koszty ubezpieczeń. Idźmy dalej – co z surowcami, których cena też przecież oddziałuje na F1. To niezwykle skomplikowana sytuacja.

Kryzys na Bliskim Wschodzie i odwołanie wyścigów w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej to dla F1 bardzo zła informacja i bardzo duże straty finansowe. To brak pieniędzy, które później trafiają do zespołów, które wpływają na rozwój serii i które sprawiają, że staje się ona lepsza. Pozostaje nam mieć nadzieję, że sytuacja w tamtym regionie szybko się ustabilizuje. I nawet nie ze względu na Formułę 1, ale na wszystkie aspekty codziennego życia, które przez ten kryzys po prostu stają się droższe.
Zdjęcie główne: Rudy Carezzevoli / Getty Images / Pirelli F1 Press Area