Dojdzie do patologii?

Kilka dni przed tym, jak poznaliśmy nowy regulamin Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski, PZM ogłosił nowe zasady przyznawania licencji stopnia RN. Od teraz nie trzeba mieć przejechanych KJSów, wystarczy jedno szkolenie. Czy to dobry pomysł?

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to spore ułatwienie i sprawy idą w dobrą stronę. Ale kiedy nieco dłużej się nad tym zastanowić, to może wywołać to dosyć patologiczne sytuacje, jak np. to, że człowiek, który nigdy wcześniej nie miał nic wspólnego z rajdami nagle pójdzie na egzamin, za pilota weźmie kogoś, kto nigdy nie był na PKC, ani nie wypełniał żadnych dokumentów, na egzamin przyjdą na kacu i następnego nie będą go pamiętali, w na pierwszy start wybiorą sobie coś pokroju ekstremalnego Rajdu Wisły. Brzmi absurdalnie? Teraz może stać się prawdą, bo pozwalają na to przepisy.

Od strony czysto sportowej bardziej uderzy to w początkującego kierowcę – pomimo upalania po nocach taka osoba nie zna kompletnie realiów rajdu. Od strony organizacyjnej i wszelkiego rodzaju papierologii zdecydowanie gorzej będzie miał pilot. O słuszność nowych rozwiązań zapytaliśmy Annę Gabryś, która w ubiegłym roku zdała egzamin na licencję stopnia RN i wystartowała już w Rajdach Wisły oraz Śląska: – Nie wydaje mi się, aby to było rozsądne rozwiązanie. Początki byłyby wtedy ekstremalnie trudne i przepełnione paraliżującym stresem. Może też być tak, że takie osoby przychodzące do rajdu okręgowego „z ulicy” będą powodowały więcej wypadków, no bo przecież nie będą miały kompletnie żadnego obycia w warunkach czysto sportowych. Tutaj pojawia się też kwestia tego, że ktoś na KJSach pojedzie samochodem od babci i zawsze będzie ostatni, ale licencję uzyska. Z tym, że wydaje mi się, że takie osoby celują raczej w fotel pilota. Ktoś, kto nie miał wcześniej styczności z rajdami może sobie nagle pomyśleć, że ma licencję RN i już wszystko potrafi. To może spowodować nieprzyjemne sytuacje i dużo zamieszania na poszczególnych imprezach.

Startując w rajdach amatorskich na szczeblu KJSów, lub w imprezach bez wizy PZM można się nauczyć naprawdę wielu rzeczy. Przede wszystkim jesteśmy już obyci z atmosferą rajdu, wiemy co i jak, ale i tak start w RO jest czymś zupełnie innym, niż amatorka: – Jeśli chodzi o różnicę miedzy KJSami a rajdem okręgowym, to jest to przepaść. Znasz już teoretycznie większość procedur, ale nadal startujesz na bardzo krótkich próbach, w większości po placach z pachołkami. Mi osobiście bardzo pomogły starty w Rajdowym Pucharze Śląska – tam oesy są już zdecydowanie dłuższe, a jedna z imprez była dwudniowa, więc RO to już nie była przepaść, a tylko lekki przeskok. Na Rajdzie Wisły sporą rolę odgrywała też pogoda a mistrzostwa Śląska to zupełnie inna prędkość, inne nastawienie, są też rzesze kibiców i trzeba dać z siebie wszystko. Jeśli ktoś przechodzi prosto z KJSów, to naprawdę jest przepaść, a ciężko jest mi sobie wyobrazić to, że ktoś przychodzi do RO tak po prostu, nawet bez tych czterech KJSów. To wygląda źle zarówno z punktu widzenia kierowcy, jak i pilota – ten pierwszy nie jest przyzwyczajony do jakiejkolwiek rywalizacji sportowej na zamkniętej drodze, drugi kompletnie nie odnajduje się w papierologii i punktach kontroli czasu. Czy zdołają się tego nauczyć podczas krótkiego szkolenia? Nie chce mi się w to wierzyć – zakończyła Gabryś.

Pozostaje się w 100 procentach zgodzić z tą wypowiedzią. Musimy mieć nadzieję, że każdy, kto zechce faktycznie wystartować w rajdzie okręgowym, zaliczy co najmniej kilka imprez na niższym szczeblu, dla nabrania doświadczenia. Czy jednak znajdą się tacy, którzy wykorzystają przepis tylko po to, aby pojechać sobie jakiś słynny rajd zerowym nakładem czasowym na przygotowania? Coś mi mówi, że tak, ale miejmy nadzieję, że się mylę.

Tagi: Rajdy, Rajdy Amatorskie

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

W temacie

Newsy ze świata motosportu