Elon Musk właśnie zafundował światu bardzo poważną awarię. Ale nie dotyczy ona Tesli tylko... Księżyca. Czy jego trzeba już się bać?

Elon Musk właśnie zafundował światu bardzo poważną awarię. Ale nie dotyczy ona Tesli tylko... Księżyca. Czy jego trzeba już się bać?

elon musk

Podaj dalej

Elon Musk to bez wątpienia jedna z najbardziej kontrowersyjnych person na tej planecie. Zresztą od wielu lat. To wizjoner, najbogatszy człowiek na świecie, obsesjonista i przede wszystkim facet, któremu wychodzi w życiu wszystko. No prawie…

Już za chwilę bowiem, a dokładnie 4 marca dojdzie za sprawą jego działań do sytuacji bez precedensu. Tym razem, ten cierpiący na zespół Aspergera geniusz, zapisze się na kartach historii tego świata jako ten, który dokonał niemożliwego. Niestety, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jeśli  nic się bowiem nie zmieni, wszyscy ludzie na świecie będą świadkami czegoś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca.

Mało tego, jeżeli wydarzy się to, o czym za chwilę przeczytacie, będziemy musieli zastanowić się bardzo poważnie nad jedną, szalenie istotną kwestią, mianowicie nad tym – co ten człowiek chce finalnie osiągnąć. I czy my – jako ludzkość, możemy czuć się bezpiecznie. To ostatnie pytanie wbrew swojej trywialności wcale nie jest bezprzedmiotowe. Z resztą zaraz sami się o tym przekonacie.

Sky is the limit? Nie dla Elona…

Według informacji, które jakiś czas temu przekazało BBC, rakieta Falcon 9 wystrzelona przez SpaceX w 2015 roku jest na kursie kolizyjnym z bardzo bliskim nam ciałem niebieskim. Wszystko wskazuje na to, że już 4 marca uderzy w powierzchnię Księżyca, przypisując tym samym SpaceX wątpliwy zaszczyt spowodowania pierwszego znanego niekontrolowanego zderzenia rakiety z Księżycem.

Pierwotnie zadaniem Falcona 9 było wyniesienie satelity na orbitę, ale jak się później okazało, rakieta nie miała wystarczającej ilości paliwa, aby zgodnie z planem wrócić na Ziemię. Została więc porzucona przez SpaceX w przestrzeni kosmicznej. Pech jednak chciał, że przez minione 7 ostatnich lat, była poddawana działaniu sił grawitacyjnych Słońca, Ziemi i Księżyca. Siły te najwyraźniej przypieczętowały jej los, ponieważ oczekuje się, że 4 marca rozbije się ona na Księżycu, a następnie eksploduje.

Jakie będą skutki takiej kolizji? Wyjaśnił to BBC astronom Jonathan McDowell. Jak twierdzi, to w zasadzie czterotonowy pusty metalowy zbiornik z silnikiem rakietowym z tyłu. Jeśli więc wyobrazimy sobie uderzenie tym o skałę z prędkością 8047 km/h, to można spodziewać się sporego bałaganu.

Na pewno też powstanie na księżycu całkiem pokaźny krater – pierwszy będący efektem zaśmiecania kosmosu przez człowieka. Oczywiście kosmiczne śmieci nie są dla Elona Muska niczym nowym. Kilka dni temu, a dokładnie 6 lutego br. minęły dokładnie 4 lata, od kiedy wystrzelona przez założyciela Tesli i SpaceX, Tesla Roadster ze Starmanem za kierownicą lata sobie radośnie w przestrzeni kosmicznej. I jeszcze trochę polata. Jak bowiem twierdzą eksperci, prawdopodobnie zostanie tam przez dziesiątki milionów lat, zanim zderzy się z Ziemią lub Wenus. Wróćmy teraz na Ziemię. Musimy poważnie zastanowić się, czy pomysły Elona Muska mogą przynieść światu więcej szkody, niż pożytku.

Nowy Mesjasz i  król Twittera

Kiedy w 2021 roku Elon Musk został człowiekiem roku według „Time’a”, wiele osób znających tego ekscentrycznego progresistę pukało się palcem po głowie. Jednak dla innych był to wybór jak najbardziej słuszny i w zasadzie – jedyny możliwy. Musk dla wielu jest wręcz nowym Mesjaszem, rewolucjonistą, za sprawą którego nie tylko dokonamy wielkich zmian na Ziemi, ale też zaczniemy podbój wszechświata. Z resztą jeśli chodzi o to ostatnie, to chyba nie ma aktualnie na świecie nikogo innego, kto mógłby zabrać się za to lepiej… albo gorzej. Mam tutaj na myśli to, że Elon Musk jest człowiekiem idei. Jest gotów zrobić niemal wszystko i wydać każde pieniądze, żeby przeforsować pomysły, które wpadają mu do głowy. A w jego głowie dzieje się sporo.

elon musk peron of the year
The Time

Ostatnio na przykład wpadł na pomysł, aby ustanowić „limit wiekowy” dla przywódców rządu USA. Wcześniej szerokim echem w mediach odbiła się afera „pedo-guy”. Tym razem Musk poszedł jeszcze „grubiej” i oskarżył o pedofilię płetwonurka, który ratował dzieci uwięzione w podwodnej jaskini w Tham Luang. Jak stwierdził, lepszym pomysłem byłoby błyskawiczne skonstruowanie specjalnej kapsuły, za pomocą której można byłoby szybciej ewakuować narażone na śmiertelne niebezpieczeństwo dzieciaki. Kiedy jego plan spotkał się z krytyką nurków, nazwał jednego z nich „pedo-guy”, sugerując tym samym, że do dzieci ciągnie go nie tylko chęć niesienia pomocy. Na koniec tej sprawy oberwali rykoszetem również dziennikarze. Elon stwierdził, że nie wykonali porządnego „riserczu” jeśli chodzi o seksualne preferencje płetwonurka. To było już totalne przegięcie.

No ale czemu się tu dziwić? Ekscentryczny geniusz każdego dnia „dowozi” na Twittera swoje przemyślenia i pomysły, wywołując przy tym lawinę komentarzy. W ostatnim czasie zdążył już pozbawić się funkcji prezesa Tesli, zażądał od ONZ dowodów na to, że 6 mld dol. pochodzących z jego majątku pomogłoby w walce z głodem na świecie i zainicjować śledztwo w sprawie giełdowych spekulacji. Wszystko to mając do dyspozycji jedynie… 280 znaków.

Mucha na zebraniu

Stety, lub niestety Elon Musk taki już pozostanie. Ten cierpiący na Zespół Aspergera człowiek myśli w sposób, którego nie da się opisać czy zwerbalizować. To po prostu zupełnie inny wymiar postrzegania świata. U niego nie ma miejsca na sztywne i przemyślane myślenie. Być może właśnie dlatego znajduje się w miejscu, w którym jest. Całkiem niedawno miałem okazję porozmawiać z osobą, która pracowała w jego najbliższym otoczeniu oraz przy okazji jest posiadaczem udziałów Tesli. Usłyszałem krótką, aczkolwiek bardzo ciekawą historię o tym, jak wygląda obcowanie z Elonem Muskiem.

Rzecz dotyczyła zebrania, podczas którego omówione miały być wszystkie szczegóły związane z aktualizacją Full Self-Driving Beta. Po kilku minutach wstępu, do sali konferencyjnej wleciała mucha i… to był koniec spotkania. Przez kolejnych około 30 minut, Elon Musk nie potrafił skupić się na kompletnie niczym innym – kazał wszystkim siedzieć cicho i wpatrywał się w latającego po pomieszczeniu owada. Nikt nie mógł ani wejść, ani wyjść. Po niespełna pół godzinie założyciel Tesli stwierdził, że nie jest w stanie teraz wrócić do tematu, po czym jak gdyby nigdy nic opuścił spotkanie.

Czy należy się go bać?

To daje spójny obraz tego, jaka zamieć myśli, idei, koncepcji, pomysłów i Bóg jeden wie czego jeszcze, każdej sekundy ma miejsce w jego głowie. A to może budzić pewien niepokój. Dlaczego? Otóż wystarczy głębiej zastanowić się nad tym, czym tak naprawdę „karmi” nas Elon Musk. Po pierwsze w ciągu raptem kilku lat przekonał niemal cały świat, że jego ukochane dziecko – Tesla, to nic innego, jak jeden z niewielu sposobów na ratowanie naszej planety. Przez to wielu ludzi nie postrzega już samochodów Tesli jako czegoś normalnego. To wynalazki, które mają przesądzić o naszej przyszłości. Mało kto jednak wziął pod uwagę to, że wzrost popularności pojazdów elektrycznych w ogóle nie przekłada się na redukcję emisji CO2. To ściema!

Według badań przeprowadzonych przez Christopha Buchala z Uniwersytetu w Kolonii, opublikowanych przez Instytut Ifo w Monachium jest zupełnie inaczej. Czytamy w ich podsumowaniu, że „pojazdy elektryczne mają znacznie wyższą emisję CO2niż samochody z silnikami diesla”. To wynika oczywiście z ogromnej ilości energii wykorzystywanej do wydobywania i przetwarzania litu, kobaltu i manganu, kluczowych surowców potrzebnych do produkcji akumulatorów do samochodów elektrycznych.

Po drugie – Elon Musk jest hipokrytą. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, najprawdopodobniej zostanie patronem tzw. „Ósmego kontynentu”. Jest to szalenie zaawansowany projekt, który ma pomóc w walce z „Wielką pacyficzną plamą śmieci”. Jego autorka – ślepo wpatrzona w Muska, Lenka Petráková z legendarnego studia architektonicznego Zaha Hadid Architects twierdzi, że proekologiczny multimiliarder idealnie wpisuje się w charakterystykę tego przedsięwzięcia. Ja stwierdziła –  Elon Musk byłby wspaniałym mecenasem projektu, biorąc pod uwagę jego energię i ekscytację, by posuwać technologię naprzód i badać nowe terytoria. Dobre sobie – może najpierw należałoby przestać zaśmiecać przestrzeń kosmiczną tylko dla własnego widzimisię samochodami, manekinami i rakietą, która leci właśnie w kierunku księżyca tylko dlatego, że zabrakło niewielkiej sumy, aby z powrotem sprowadzić ją na ziemię.

Diabeł chodzi w przebraniu

Na koniec jednak najważniejsze – dla Muska Ziemia nie jest chyba tak szalenie istotna, jak mogłoby to wynikać z jego deklaracji. Otóż jak wszyscy doskonale wiemy, ten arcybogaty człowiek zamierza dokonać żywota na Marsie. Czasu do osiągnięcia tego celu pozostało niewiele zważywszy na fakt, iż ma już na karku 50 lat. Dodatkowo sprawę utrudnia to, że założenie kolonii na czerwonej planecie to nie jest coś, co można zrealizować z dnia, na dzień. Warto zatem zastanowić się, czy faktycznie mamy do czynienia z Mesjaszem. Jak śpiewał nieodżałowany Krzysztof Krawczyk… diabeł chodzi w przebraniu.

 

Przeczytaj również

Redakcja WRC News

Redakcja WRC News