W okowach moralności

Opowiem wam dziś historię, niestety nie będzie miała ona nic z dobranocki, ani baśni braci Grimm… bardziej w swoim kuriozum przypomina to wszystko Borata, jednak tym razem nikomu nie jest do śmiechu. Chociaż nie – jednej stronie konfliktu jest, ale ten śmiech wkrótce przerodzi się w łzy rozpaczy, ale wtedy będzie już za późno.

Opowiem wam historię widzianą oczami zawodnika – amatora. Chociaż dla wielu te słowa nie będą pewnie nic warte – w wielu środowiskach rajdowych elit utarło się, że amator zasługuje na tyle szacunku i uwagi, co krowa mucząca na pastwisku. Niby jest – ale nikogo to za bardzo nie obchodzi. Przecież amator nie ma licencji zdobytej na czterech placykach z milionem pachołków i czasem mierzonym stoperem, przecież nie zdał kosmicznie trudnego egzaminu, nie opłaca składek, nie ma plastiku… więc po co go słuchać i poważać? Wydaje się, że właśnie takie pytanie retoryczne zadaje sobie część działaczy i oficjeli, ale o tym za moment.

W czym rzecz? Na dobrą sprawę we wszystkim, co działo się wokół Rajdu Cieszyńskiej Barbórki, a nawet wcześniej. Niektórzy nie potrafią zrozumieć, jak zwykli ludzie bez zaplecza Polskiego Związku Motorowego mogą robić na terenie Śląska takie imprezy amatorskie, jakich niektórzy nie umieją zrobić nawet na poziomie RO.

Gdyby tylko nie potrafili zrozumieć byłoby ok, ale ktoś tutaj naoglądał się za dużo filmów i nie chce być wyraźnie panem życia i śmierci… a jest zwykłym psem ogrodnika. My nie umiemy, ale wam też nie damy zrobić. Bo nie. I koniec. Kolejne rundy Rajdowego Pucharu Śląska spotykały się z coraz większymi akcjami sprzeciwu członków miejscowych automobilklubów. O ile samą przyczynę działań można zrozumieć – odbierają nam zawodników (patrz – klientów), to już sposób rozwiązania problemu nie do końca. Zamiast wymyślić coś nowego i przyciągnąć do siebie zawodników, postanowiono grać nieczysto. Zaczęły się donosy, niejasne prośby, układy i układziki. Tak oto podczas ostatniej rundy RPŚ w Goleszowie rajd był opóźniony o kilka godzin, bo nagle rozpoczęły się niespotykane dotąd kontrole wśród safety. Szczucie przeciwko organizatorom RPŚ widoczne było już z Kołobrzegu, a szczekanie miejscowych działaczy podobno słyszalne było aż na Syberii.

Po akcjach z alkomatami i usuwaniu niepełnoletnich safety, wszystko było już w porządku – wymienione – wszyscy trzeźwi (tak jakby wcześniej nie byli), wszyscy pełnoletni, wszystko na tip top, i nagle… i nagle komuś wyraźny problem zaczęło sprawiać to, że trzeba jechać i sprawdzić trasę, bo pan za to odpowiedzialny nie miał czasu. Przecież był na rajdzie i był do tego zadania oddelegowany, więc to jasne, że nie miał na to czasu (dziwne tylko, że podczas Barbórki nikt niczego nie sprawdzał, a uchybienia widoczne były z kilometra. Myśleliśmy, że te kontrole stały się standardem, a tu taka niespodzianka). Ale niestety, bitwa przegrana – rajd w końcu poszedł i szanownym panom ważnym w geście rozpaczy pozostało tylko nagrywanie zawodników na starcie odcinka.

Chociaż… czy aby na pewno tylko to? Nie! Bo skoro można komuś przeszkodzić, to należy to zrobić! Sytuację, że niedaleko swojego domu będzie akurat zamknięty odcinek specjalny chciał wykorzystać Kamil Bolek, który postanowił zorganizować sobie testy przed Cieszyńską Barbórką. Żeby było jasne – nie miał absolutnie nic wspólnego z imprezą RPŚ – on stał sobie gdzie indziej z zespołem, nie miał numeru startowego, nie miał pomiaru czasu, nie miał OA, BK, nie podlegał żadnym regulaminom – on chciał tylko skorzystać z tego, że droga jest zamknięta i zabezpieczona i przygotować się należycie do Cieszyńskiej Barbórki. Niestety, na miejscu byli panowie psuje, którzy postanowili, że jednak coś im musi wyjść. Po użyciu bardzo przekonujących, niekoniecznie zgodnych z rzeczywistym stanem rzeczy argumentów Bolek wraz z zespołem zmuszony był do spakowania swoich rzeczy i udania się na niedzielny obiad z rodziną. A wszystko to dzięki swojemu domowemu, znanemu z rzekomo rodzinnej atmosfery AK.

Na Cieszyńskiej Barbórce szanowni panowie postanowili dać szansę na zapłacenie wpisowego niechcianym amatorom. Początkowo limit trasy dla SKJS zakładał, że będzie ich zaledwie 20, ale później okazało się, że będzie tych miejsc więcej. Do zgłaszających się automatycznie przychodziła wiadomość, że dostaną potwierdzenie wpłynięcia zgłoszenia do 48 godzin. Jak łatwo się domyślić… mijało godzin 70, 120… nikt żadnego potwierdzenia ostatecznie nie dostał. Naturalnie aż do czasu publikacji listy zgłoszeń. Ale to nic, przecież zdarzają się takie niedomówienia.

Podczas szkolenia dla załóg Super KJS prowadzący wyraźnie mieli problemy z niektórymi punktami regulaminu. Bo przecież „co ci amatorzy tu chcą, niech nas grzecznie słuchają i się cieszą, że mogą w ogóle pojechać w naszym święcie”. Otóż nie do końca tak to wyglądało – zawodnicy byli czujni i co najważniejsze, mieli przy sobie regulaminy.

Skoro na początku spotkania założenie było takie, że w parku serwisowym nie można nawet otworzyć maski samochodu, a później nagle okazało się, że zawodnicy mogą dokonywać napraw… to zastanówmy się wszyscy – czy to szkolenie prowadziła odpowiednia osoba? Skoro zawodnicy znali regulamin lepiej, to chyba nie. Osoba prowadząca szkolenie miała również bardzo dużo pretensji o fakt, że w sieci pojawiły się materiały z wypadku Zbigniewa Gabrysia z Rajdu Śląska. Dziwne. Naprawdę dziwne. Tym bardziej dziwne, że ta osoba miała wpływ na zabezpieczenie odcinków Rajdu Śląska. Dlaczego więc przeszkadzało jej to, że cała Polska z relacji TVN dowiedziała się o wypadku, w którym poszkodowane zostały dwie dziewczynki stojące na wypadkowej zakrętu z kopalnią syfu na asfalcie? Naprawdę tego nie wiemy.

Dziwne rzeczy działy się też podczas PKC. Niektórych proszono o oddawanie kart w jednym miejscu, innych w drugim. Generalnie panował dosyć duży chaos i chyba nie wszyscy do końca wiedzieli gdzie się znajdują i co mają robić na swoim stanowisku. Ale to nic. Przecież zdarza się każdemu. Zawodnicy wielokrotnie podkreślali, że startując w SKJS czuli się jak największe zło, byli traktowani gorzej… tak jakby nikt ich tam nie chciał. No więc przepraszam, ale po co organizowano ten SKJS, skoro potem zawodników traktowano jak bydło na wybiegu? Nie wspominając już o sytuacjach, w których starając się o jazdę jako samochód funkcyjny zawodnicy słyszeli… a właściwie to niektórzy nie słyszeli nic, bowiem miejscowy AK najwyraźniej nie miał czasu ani chęci z nimi rozmawiać, po raz kolejny traktując bez szacunku.

Cieszynka się skończyła więc… więc jak najszybciej niezwykle miłym tonem i przepełnionymi miłością ogłoszeniami zaproszono amatorów na zamykający sezon KJS w Jastrzębiu-Zdroju. To trochę tak, jakby chciano powiedzieć „ok, tam traktowaliśmy was jak gówno, bo w sumie nic nie znaczyliście przy zawodnikach z licencją, ale teraz prosimy się już szybciutko zgłaszać do Jastrzębia i płacić wpisowe, bo teraz będzie impreza odpowiednia dla waszego poziomu”.

Nagle AK zapomniał o wszystkim co złe i znów na wilczą twarz założył maskę łagodnego baranka. Dlaczego w tytule tego tekstu zobaczyliście zwrot „W okowach moralności”? Bo kilka dni temu napisał do mnie kierowca, którego pilotowałem w kilku wcześniejszych imprezach. Zapytał, czy z nim pojadę. Myślałem o tym długo, chciałem znów poczuć rajdowe emocje na własnej skórze, znów siedzieć w samochodzie rajdowym, ale wiecie co… nie warto. To trochę tak, jakby w zupełności zgadzać się poglądami lewicowymi, ale głosować w wyborach na skrajnie prawicową partię. Nie potrafiłbym spojrzeć potem w oczy tym, którzy znają mnie zarówno z serwisu, jak i odcinków specjalnych.

Nie oceniam i absolutnie nie uderzam w tych, którzy wystartują w tej imprezie – życzę wam chłopaki powodzenia i jak najlepszej zabawy. Walczcie o swoje, bo w poszczególnych klasach macie jeszcze fajną batalię o puchary. Ale rozumiem też tych, którzy mają już dość AK i nie wybiorą się więcej na ich imprezy. Działacze i wielcy panowie teraz się śmieją, ale wkrótce ten śmiech może przerodzić się w łzy. Coraz częściej słyszalny jest głos, że od przyszłego sezonu większość zawodników zostawi daleko za sobą imprezy organizowane przez AK i zamknie ten okres klamrą z napisem Nigdy Więcej. A przecież naprawdę jest gdzie jeździć.

Tekst: Kamil Wrzecionko

fot. Wojciech Anusiewicz, Jakub Tuszyński

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Newsy ze świata motosportu