Obcy w świecie wyścigów

W ubiegłym tygodniu miałem okazję do odwiedzenia słynnego niemieckiego toru Nurburgring. Miało to miejsce przy okazji rozgrywanego tam weekendu Długodystansowych Mistrzostw Świata FIA WEC. Jesteście ciekawi, jak wyglądała moja podróż? Zapraszam do prezentacji.

Słowem wstępu należy dodać, że był to mój pierwszy raz na tak dużym wyścigu. Cały ten świat był nowy, był piękną niewidomą, gdzie na każdym kroku czekało coś nowego. To oderwanie od biegania po lasach, ustawiania się za taśmą w błocie, koniec spektakularnych poślizgów z użyciem hamulca ręcznego, imponujących, kilkudziesięciometrowych skoków. Tutaj wszystko jest inaczej – na pozór bardzo spokojnie. Ale zacznijmy od początku. Moja podróż rozpoczęła się w czwartek, 13 lipca w godzinach porannych. Pierwszą przechadzką była ta z hotelu na lotnisko, krótka, jednak ze względu na panujące warunki pogodowe bardzo intensywna.

Po kilku niezbędnych procedurach i odprawach na lotnisku byłem już w hali odlotów. We wczesnych godzinach porannych nie było tam zbyt wiele ludzi. Z niecierpliwością czekałem na podróż i analizowałem jak może to wszystko wyglądać. Spodoba mi się, czy nie, będę pod wrażeniem, czy nie.

I w końcu maszyna ruszyła, prosto do Stuttgartu.

Po kilkudziesięciu minutach byłem już na miejscu. Na szczęście pogoda w Stuttgarcie była o wiele lepsza. Prosto z lotniska udałem się do muzeum Porsche. To, co tam zobaczyłem było co najmniej imponujące!



Ale muzeum to nie tylko samochody sportowe… to także piękne wersje cywilne i trofea.

Tuż po wizycie w muzeum, na zewnątrz czekała na mnie najnowsza wersja Porsche Panamery 4 E-Hybrid, którą miałem udać się do oddalonego o 390km Nurburga.

Wrażenia z jazdy – coś niesamowitego. Kosmiczne przyśpieszenie, świetne właściwości jezdne, no i komfort. Bo to przecież Panamera, a nie samochód wyścigowy. Tutaj osiągi nie są najważniejsze, w tym samochodzie ma być ci przyjemnie i wygodnie. Masz cieszyć się z każdej sekundy jazdy. Tę umilały m.in. nawiewy i system masażu w fotelach. Wszystko ma mówić tam do ciebie – jesteś najważniejszy, możesz jechać ze mną gdzie tylko chcesz, ty jesteś tutaj panem. I z takim nastawieniem rozkoszowałem się każdym metrem aż do Nurburga. Na miejscu okazało się, że to malutka wioska, gdzie absolutnie najważniejszy jest tor. Miejsce mojego zameldowania nie mogło być lepsze – słynny Hotel Dorint, mieszczący się na ostatnim zakręcie toru Nurburgring. Widok z okna – powalający.

Czy może być lepiej? Wydaje mi się, że nie. Zmęczony podróżą i utulony tym pięknym widokiem szybko znalazłem się w łóżku i udałem się na senną podróż po zielonym piekle. A rano obudziło mnie… zresztą, zobaczcie sami.

No tak, jedni powiedzą „jeżdżą cały dzień i hałasują, tyle z tego dobrego”. Dla mnie była to najpiękniejsza melodia dla uszu, którą na szczęście artyści grali od samego rana do wieczora. Pożywiony energią wysokooktanowego paliwa ruszyłem czym prędzej do centrum prasowego, po odbiór dziennikarskiej akredytacji. Infrastruktura wszystkich budynków wokół toru to czyste szaleństwo. Mam wrażenie, że ta miejscowość nie powinna się nazywać Nurburg, a Nurburgring Circuit.


Jednym z najciekawszych miejsc na torze była wieża TUV. Tam na szczycie znajdował się salonik Porsche. W niby można było zjeść, oglądać wyścig, spotkać ciekawych ludzi oraz… co budziło chyba największe zainteresowanie – sprawdzić swoje siły na symulatorze. Tam do wyboru dziesiątki modeli samochodów Porsche i tyle samo torów z całego świata. Spędzanie czasu na torze od początku budziło wrażenie – to najlepsze miejsce na świecie i nigdy nie chcę stąd wyjeżdżać.


A piętro wyżej, czyli na dachu znajdował się taras widokowy, gdzie bez problemu można było śledzić zmagania na całym torze.


Pierwszy trening padł łupem zespołu Porsche. Zaraz po nim udałem się na konferencję prasową posłuchać, co zawodnicy mają do powiedzenia. Tam spotkałem m.in. zwycięzcę słynnego, 24-godzinnego wyścigu Le Mans – Timo Bernharda, oraz byłego kierowcę Formuły 1 – Vitaly’a Petrova.

Następnie postanowiłem udać się na przechadzkę po paddocku. Niestety, próżno było szukać tam samochodów – wszystkie znajdowały się już od dawna w boksach, jednak można było zauważyć tam kilka ciekawych rzeczy, m.in. Fordowskiego Stiga z klocków, czy też słynnego ludzika Michelin.


Kilka metrów dalej spotkał mnie niesamowity widok – wystawa samochodów Porsche. Wydaje się, że każdy fan motorsportu znalazłby tam coś dla siebie, zresztą… oceńcie sami.



Po tym krótkim, lecz intensywnym zwiedzaniu udałem się rozkoszować wzrok drugim wolnym treningiem. Kolejne półtorej godziny ścigania w czterech klasach – Długodystansowe Mistrzostwa Świata FIA WEC to zmagania w LM P1 – najwyższej klasy hybrydowe prototypy Porsche, Toyoty oraz zespołu Bykolles, LM P2 – również prototypy, jednak mniej zaawansowane technologicznie i nieco tańsze, gdzie dominuje Oreca, oraz dwie klasy dla samochodów GT – LM GTE Pro i LM GTE Am. Tam walka w tym sezonie jest wręcz nieprawdopodobna i każdy wyścig to bitwa na żyletki. Swoją batalię toczą tam Porsche, Ford, Ferrari, Aston Martin, czy Chevrolet, a do wejścia w przyszłym sezonie szykuje się już BMW.



Kolejny trening, kolejne zwycięstwo Porsche w LMP1. Początek wyścigowego weekendu był wręcz perfekcyjny dla niemieckiego producenta. Tuż po zakończeniu treningu udałem się kolejny raz do pokoju Porsche. Tam atmosfera była już zdecydowanie bardziej rozluźniona. Niektórzy świętowali udane treningi napojem zwycięzców, inni cały czas czatowali na jeden z dwóch symulatorów.

Wieczorem udałem się do jednej z okolicznych restauracji – Pistenklause. Jak udało mi się dowiedzieć, należy ona do rodziców popularnej zawodniczki wyścigowej i prezenterki Top Gear – Sabine Schmitz. Na ścianach mnóstwo było tam wyścigowych obrazów i zdjęć, ale to nic dziwnego, dokładnie tak wygląda cały Nurburg. Spośród kilku dań, jak włoska pizza, ogromny hamburger, czy sałatka Cezara ja wybrałem steak’a. I na pewno nie byłem zawiedziony! Pomimo tego, że dostałem praktycznie surowy kawałek mięsa, to towarzyszył mu także piekielnie rozgrzany kamień, na którym można było przyrządzić kolację po swojemu i zjeść w idealnym dla siebie stopniu wysmażenia. W dodatku z lokalnymi sosami, piwem i frytkami tworzyło to zestaw idealny, który spokojnie mógłby się nazywać ‚Nurburgring Special’.

Z zaspokojonym podniebieniem wróciłem do Hotelu Dorint. To dziwne – być w pokoju i nie słyszeć ryku silników. A może to tylko ‚Nurburgringskie zboczenie’. Z samego rana moje kroki skierowałem… jakże mogło być inaczej – na tor, a raczej na drugą stronę prostej startu-mety, bo będąc w Hotelu Dorint ciężko nie być na torze. Miałem okazję odwiedzić zespół Porsche w jego samym sercu. W pierwszej części zwiedziłem namiot, gdzie trzymane są zapasowe części… miliony zapasowych części. Robienie zdjęć jakiegokolwiek elementowi z wewnątrz samochodu jest tam surowo zabronione, dlatego też uchwyciłem dla was to:

Następnie udałem się z jednym z członków zespołu do samych boksów. Tam sprzętu nie wolno nawet wnieść, jednak to samo, co widziały moje oczy znajdziecie w tweetach zespołu.

Trzeci trening padł już łupem Toyoty, która pokazała, że w ten weekend czeka nas niesamowita walka. Na zakończenie sesji znalazłem miejsce, gdzie mogłem zobaczyć z bliska samochody wracające do pitlane.


Jakby porannych emocji było mało, kilka chwil później miałem okazję znaleźć się w jednym samochodzie ze zwycięzcą 24-godzinnego wyścigu Le Mans – Earlem Bamberem. On siedział za kierownicą, ja usiadłem na fotelu pasażera. Oboje mieliśmy kaski, czuliśmy dreszczyk emocji i siedzieliśmy w Porsche 911 Turbo S. To mogło oznaczać tylko – pokonaliśmy razem jedno piekielnie szybkie okrążenie Nurburgringu. Muszę się wam przyznać – wrażenia są podobne, a może nawet większe, niż z przejazdu na prawym fotelu w samochodzie R5. Kontrola samochodu była na poziomie wręcz horrendalnie wysokim. Nowozelandczyk robił co mu się podobało. Kiedy chciał jechał z maksymalną precyzją i czuciem, innym razem pokonywał zakręty w poślizgu. Ja starałem się wypatrzyć co robi za kierownicą, kiedy hamuje do poszczególnych zakrętów, jednak jeśli mam być szczery – nie pamiętam z tego przejazdu praktycznie niczego. Earl wywarł na mnie piorunujące wrażenie, włączając w to uczucie bliskie rozszarpaniu żołądka na prostych, kiedy przyśpieszenie było niemożliwe do uwierzenia. Bamber był przy tym wszystkim niesamowicie spokojnym i opanowanym gentlemanem. Grzecznie pytał, czy wszystko jest w porządku, czy prędkość jest dla mnie odpowiednia… gdybym tylko umiał wtedy w tym całym szaleństwie powiedzieć coś więcej niż ok, ok, ok… pewnie jechalibyśmy jeszcze szybciej 🙂




Po szybkim obiedzie i ostudzeniu emocji rozpoczęły się kwalifikacje. Niezwykle wyrównane, ostatecznie wygrane przez samochód Toyoty, na kolejnych dwóch miejscach było Porsche, z 4. pozycji do wyścigu wystartować miała druga Toyota.


A zaraz po kwalifikacjach kolejny raz udałem się na konferencję prasową. Tam głos zabrali zdobywcy Pole Position.

Wieczorem miałem okazję poznać cały zespół Porsche. Uciąłem sobie m.in. krótką rozmowę z Brendonem Hartleyem, Nick’iem Tandym, czy Michaelem Christensenem. Później więcej czasu spędziłem u boku ‚Króla Nurburgringu’, zwycięzcy 24-godzinnego wyścigu Le Mans, bohaterem okolicznej społeczności – Timo Bernhardem. Jej efekt znajdziecie -> tutaj <-.

Na zakończenie dnia rozmawiałem z dyrektorem GT Motorsport – departamentu wyścigów Porsche – Doktorem Frankiem-Steffenem Walliserem. Ten w trakcie niemal godzinnej rozmowy poruszył mnóstwo niezwykle interesujących kwestii, m.in. nowego Porsche 919 RSR, czy też przeniesienia silników z tyłu konstrukcji do środka. Jesteście ciekawi, co zdradził mi pan Walliser? Zajrzyjcie -> tutaj <-

W niedzielę czekała na mnie niespodzianka. Od godziny 8:00, przez 4 godziny miałem okazję do testów. Do wyboru kilka piekielnie szybkich i pięknych Porsche, m.in. 911 Turbo, 911 Tubro S, czy też słynnego, surowego modelu R. Jak było? O tym opowiadam wam w tym filmiku.

Jak mówiłem – był piekielnie szybko, przyśpieszenie robiło piorunujące wrażenie. No cóż, wiemy za co płacimy kupując taki samochód. Nowe 911 są niesamowite. Nie mogłem jednak rozwodzić się nad tym zbyt długo, bo pół godziny przed wyścigiem mogłem wejść na grid.




A po chwili… RUSZYLI!!! 6 godzin Nurburgring – 4. runda Długodystansowych Mistrzostw Świata FIA WEC czas start!

Wyścig był niesamowity. Zawodnicy tasowali się pozycjami przez całe 6 godzin. Ostatecznie najlepsi byli reprezentanci zespołu Porsche – Earl Bamber, Timo Bernhard i Brendon Hartley, którzy w poprzedniej rundzie zwyciężyli również w legendarnym 24 godziny Le Mans.


A o całym wyścigu pisaliśmy -> tutaj <-

Po kilku minutach samochody były już w Parc Ferme.

No cóż. Szybko przyszło, szybko poszło. Niestety, to był koniec zmagań podczas tego wyścigowego weekendu. Co nam po nim pozostało? Zachód słońca mówiący jednocześnie, że wkrótce słońce znów się pojawi, a wyścigi na najwyższym poziomie powrócą.

Na lotnisko w Stuttgarcie wracałem kolejny raz samochodem Porsche Panamera 4 E-Hybrid. To niesamowite. To auto w każdym momencie przyciąga do siebie bardziej. Im więcej czasu w nim spędzamy, tym dalej chcemy jechać, przełączać się między trybami E, Hybrid, Sport i Sport +. Każdy z zupełnie innymi zaletami, każdy nadający się do czego innego, każdy był przeze mnie wykorzystany i stanowczo stwierdzam – Porsche wykonało kawał niesamowicie dobrej roboty.


Wracając do Polski spotkały nas takie piękne widoki.

To już koniec naszej podróży. Było pięknie, było wspaniale, były momenty ze skokami adrenaliny, były wzruszenia, śmiech, zabawa, rozczarowania, wysokie prędkości, emocje… wszystko to zagrało razem idealnie. Wszystko to przemawia do mnie słowami: to jest to, to jest całe piękno, to jest esencja sportowych emocji. Pomimo, że był to mój pierwszy duży wyścig, to wyjeżdżałem z niego z żalem. Czułem się, jakbym opuszczał miejsce, do którego od dawna należę. Czułem, że coś jest mi odbierane. Czułem, że wyrywa się cząstka mojego serca, mojej duszy. Wiedziałem, że kolejnego dnia nie obudzi mnie ryk silników, nie obudzą mnie głosy z Nordschleife. Wiedziałem, że nie będę miał już okazji zasiadać w jednym z superszybkich samochodów Porsche. Wiedziałem, że nie zobaczę już członków zespołu, znajomych twarzy widzianych podczas całego weekendu. Wiedziałem, że obudzę się już w całkowicie innym miejscu, całkowicie innym świecie. Bez kosmicznych wrażeń i emocji. Tak długi i piękny wyjazd wskazuje mi drogę na przyszłość. Należy korzystać z każdej możliwej okazji, aby podziwiać nasz ukochany sport. Absolutnie żaden kibic rajdowy nie powinien zamykać się na wyścigi i odwrotnie. Wszystko to wiąże się z całkowicie innymi przeżyciami, wszystko to… to dwie różne chmury, które jednak tworzą dla nas jedno, wielkie, piękne niebo. Każde motorsportowe odwiedziny dają nam co innego, jednak kiedy spotykamy na miejscu podobnych do nas, zakręconych na tym punkcie szaleńców – wtedy wiemy, że było warto. Dlatego życzę wam wszystkim jak najwięcej zapachów wysokiego oktanu, to na torze, to na oesowej trasie. Ze sportowym pozdrowieniem!

Tagi: Nurburgring FIA WEC Porsche Michelin

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

W temacie

Newsy ze świata motosportu