Cudownie stworzona wybuchowa rzeźnia

Kilka dni temu w sieci pojawiła się wiejska wersja Gymkhany, w której za kierownicą nie zasiadał już Ken Block, a prezenter programu The Grand Tour – Jeremy Clarkson. W tym momencie pewna bariera we mnie pękła i po prostu musiałem odwiedzić stronę Amazona. Czy było warto?

Po rozpadzie starego, dobrego Top Gear, świat szybko obiegła informacja, że trójka przyjaciół – Clarkson, Hammond i May wkrótce przedstawią nam nowy projekt. Tak oto powstał The Grand Tour. Żyjąc wówczas w świecie, w którym internetowe platformy notorycznie przegrywały z tradycyjną telewizją, a Netflix kojarzył się wyłącznie z angielskojęzycznym powiedzonkiem, które w zamyśle miało coś zgoła odmiennego, niż oglądanie filmów, czy seriali nie śpieszyło mi się do wykupywania dostępu do show Amazonu.

Dałem szansę nowemu Top Gear

Kiedy było już wiadomo, że ze słynnym programem BBC pożegnają się Jeremy Clarkson, Richard Hammond i James May, wielu fanów odwróciło się od tej produkcji twierdząc, że to już nigdy nie będzie to samo. Ja postanowiłem dać im szansę podzielając zdanie drugiej części tłumu, która twierdziła, że owszem, to nie będzie to samo, ale Top Gear tworzyli też ludzie odpowiedzialni za kapitalne efekty, a na miejsce startych prezenterów przyjdą nowi, którzy może stworzą coś fajnego po swojemu.

Jak często nam wszystkim powtarzano już za czasów szkoły, pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Nowy Top Gear zrobił tragiczne. Owszem, było kilka plusów… tor z elementami rallycrossu, Chris Harris, czy Rory Reid, a nie przeszkadzali też na dobrą sprawę słynny Eddie Jordan, czy Sabine Schmitz. Wszystko totalnie spieprzył Chris Evans, którego poczynań nie mógł naprawić nawet Matt LeBlanc, znany innym jako Joey Tribbiani z nowojorskich Przyjaciół. Z każdym odcinkiem było gorzej, a sporadyczne przebłyski, czy fajne efekty niestety nic nie dawały. Tak oto z najważniejszego punktu dnia, na który się czekało cały tydzień, Top Gear stał się zapchajdziurą, po którą ciężko było sięgnąć nawet, kiedy oznaczałoby to wieczór z YouTubem i twórczością zbliżoną do tej sióstr Godlewskich.

Dość tego, czas na Grand Tour

Zrywając kompletnie znajomość z nowym Top Gear’em coraz częściej myślałem o The Grand Tour. Zastanawiałem się, jak dobrze zrobione może być coś tylko na potrzeby internetu. Mijały tygodnie, myśl o GT przewijała się przez moją głowę, a potem znikała… aż nagle kilka dni temu sieć obiegła wiejska wersja Gymkhany – Farmkhana w wykonaniu niezawodnego Jeremy’ego Clarksona. Jakość tego materiału i ilość znanego wcześniej z Top Gear kapitalnego absurdu w końcu przesądziła. Musiałem w to wejść.

Uderzenie. Nokaut. Zauroczenie.

Amazon nie jest na szczęście czymś, co kasuje za swoje usługi 150zł miesięcznie, z nakazem płacenia przez minimum dwa lata. Opłata jest naprawdę niska, wręcz niezauważalna dla przeciętnego człowieka, a jeśli ktoś nie chce, to może zrezygnować po darmowym tygodniu. Dlaczego więc nie spróbować. Nie zajmując się (na razie) poprzednimi odcinkami szybko uderzyłem w ten najnowszy. Rządny wrażeń i emocji wcisnąłem play i po zakończeniu odcinka chciałem wziąć kij bejsbolowy i tłuc się w głowę krzycząc: dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej idioto!!! Grand Tour nokautuje w mgnieniu oka i sprawia, że po kilku pierwszych minutach wiesz, że zwiążesz się z Amazonem na dłużej.

Samo to, że znowu widzisz trójkę przyjaciół robiących to, co kochają, jest dosyć fajnym początkiem. Przecież wszyscy ich znamy, wszyscy przeżyliśmy z nimi godziny swojego życia… i tej trójki nie jest w stanie nikt zastąpić. Oni są absolutnie niepodrabialni. Najważniejsze jest to, że panowie nie zmienili swojego stylu, co więcej, po obejrzeniu jednego odcinka mam wrażenie, że BBC przez te wszystkie lata tłamsiło ich prawdziwy potencjał. Są brutalne, ostre, kapitalne żarty, nie ma wszechobecnej, głupiej i nudnej poprawności politycznej, zdarzają się przekleństwa, ale przede wszystkim pełno jest grubej akcji. Tak oto włączając po raz pierwszy The GT zobaczyłem Hammonda w kosmicznej zabawie w Dubaju i na okalających go pustyniach w jakiejś offroadowej zabawce marzeń i w… czołgu! Nie chcę nawet wiedzieć, ile pieniędzy kosztowało wszystko, co zostało tam zniszczone, ale ogląda się to po prostu kapitalnie!

Nie brakuje też sekcji z dyskusją trzech przyjaciół, podczas której z ręką na sercu śmiałem się dłużej, głośniej i bardziej, niż na wszystkich obejrzanych kabaretach w przeciągu ostatnich 5 lat razem wziętych. Błyskotliwe puenty niszczą, a efekty sprawiają, że na ciele mamy ciarki. Są też goście, którzy poruszają często tematy niekoniecznie związane z motoryzacją, jest przejazd okrążenia, są testy samochodów… jest wszystko co kochaliśmy, a co nagle w nowym Top Gear przestało nam sprawiać radość. Na szczęście to wszystko wróciło i jest teraz po stokroć lepsze!

Co do samej Farmkhany, filmik jest kapitalny, ale making of jest jeszcze lepszy. Cały ten poziom absurdu, ironii, humoru, zmieszania, wyzwisk, poślizgów, skoków, eksplozji i wystrzeliwanego z wydechu ognia tworzy razem mieszaninę, która w odpowiednim momencie eksploduje miliardem fajerwerków, które mówią ci… teraz muszę wrócić do pierwszego sezonu i jak najszybciej obejrzeć wszystkie odcinki, nadrabiając stracony czas.

Tekst: Kamil Wrzecionko

Tagi: The Grand Tour, Top Gear

 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

W temacie

Newsy ze świata motosportu